środa, 26 kwietnia 2017

Szybcy i wściekli 8



Cześć Wam!

Nie jestem fanką filmów (z pogranicza) fanstasy, aczkolwiek są dwie serie, do których - choć widziałam je nie raz - zawsze chętnie wracam. Pierwszą jest Harry, z wielkim sentymentem, drugą są Szybcy i wściekli, których najnowsza, ósma już, część miała premierę w Polsce 21 kwietnia. Wtedy też wybrałam się do kina, a dzisiaj opowiem Wam o swoich wrażeniach.

Zanim jeszcze przejdę do treści - na kilka godzin przed seansem czytałam artykuł odnośnie tej (i wcześniejszych) produkcji i odniosłam wrażenie, że choć autor też ma do Szybkich wyraźny sentyment (widoczny w nawiązaniach do poprzednich części) to najnowsza okazała się dla niego... może nie tyle nieudana, co oderwana od swoich poprzedniczek. I być może przeczytałam to niepotrzebnie, bo po zwiastunach, na których widzimy Doma odwracającego się od rodziny, która przecież zawsze była dla niego najważniejsza i tego typu "recenzji" (nie była to do końca recenzja) - zaniżyłam swoje oczekiwania. A może nie do końca niepotrzebnie...



Zakładam, że wiecie o co w tej serii chodzi, więc fabuły nakreślać nie będę, bo mogłabym się za bardzo rozpisać, przejdę od razu do tego co myślę. Generalnie Szybcy są serią, która na przestrzeni wielu lat odniosła ogromny sukces, choć po dwóch pierwszych częściach obawiano się, że nic z tego nie będzie. Nie wiem czy wiecie, ale Diesel, stanowiący przecież głównego bohater (prawie) wszystkich, odmówił udział w części 2, stwierdzając, że scenariusz jest zwyczajnie słaby. Czy słaby to nie wiem, ale inny na pewno. Pomijając kwestię braku chronologii, której czepiać się nie powinnam, bo nie całą serię będę tu omawiać, a konkretną ósemkę, to jeszcze jedną widoczną na pierwszy rzut oka sprawą jest rosnący budżet. Z 38 mln w roku 2001 wzrósł do 1,5 mld na rok 2015, a gdzieś niedawno czytałam, że same straty w wynosiły wtedy ponad 1,5 mln dolarów.


Wraz z rosnącą popularnością rosną też oczekiwania widzów, co nikogo nie dziwi (nie ma prawa dziwić), dlatego też przyjmując do kina fanów reżyserowie mają naprawdę wysoko postawioną poprzeczkę. Zwłaszcza z uwagi na fakt, że drugim z głównych bohaterów całej serii był Paul Walker, którego pożegnanie przeżyliśmy w pamiętnej finalnej scenie z siódemki, ale pamiętać trzeba, że w filmie... porzucił dotychczasowe życie wybierając rodzinę. I, teoretycznie, sprawa wydaje się załatwiona. Praktycznie, w szóste założenie było podobne, w siódemce grał nadal, i to wcale nie epizod. Wyłącznie go z ósemki z pewnością stanowiło wyzwanie, a biorąc pod uwagę fakt, że zarys dalszych części (do 10) powstał przed wypadkiem Paula z 2015 roku - zamysł trzeba było zmienić.

Wracając do zwiastunów - odwrócenie się Doma, poświęconego rodzinie i zdolnego zrobić dla niej wszystko, wydawało mi się niemożliwym jeszcze przed premierą. Obserwując teraz profile społecznościowe aktorów, oficjalny profil twórców, a także czytając kolejne recenzje wiem, że uznano to za tak niewiarygodne, że nikt już dziś nie ukrywa, że rodzina nigdy nie zeszła na dalszy plan. Dzisiaj widziałam nawet bardzo spojlerujące film zdjęcie dziecka... a z resztą, zobaczcie je sami.


Koleżanka w niedzielę (po swoim seansie) śmiała się do mnie, że tegoroczni Szybcy zalatują żałością od strony technicznej - że niewiarygodne, naciągane, niektóre wątki przeciągnięte, a inne wręcz wyssane z palca, jakby pisane na kolanie. Może coś w tym jest. Określiłam ten film jako pogranicze fantastyki właśnie z tego powodu. Bo o ile pamiętając poprzednie produkcje - szybkie samochody i uliczne wyścigi - przeszłam nad tym do poziomu bardziej Wściekłych niż Szybkich, tak w poprzedniej części wydawało mi się, że jeszcze dwie i dostanę kolejnych transformersów, a przecież nie o to miało chodzić... Nie wiem do czego porównać tę część (transformersi to jednak nie są), bo nie oglądam filmów fantastycznych, ale ustalmy, że z tego pierwotnego zamysłu pokazywania "ulicznego świata" zostało niewiele. 

Nawiązując jeszcze do artykułu, który czytałam przed pójściem do kina - Szybkich i Wściekłych podzielono na trylogie, z których każda ma nieco inny wątek przewodni. Ósemka jest początkiem nowej, nie tylko ze względu na brak Walkera, ale zapoczątkowano tutaj także historię powiększonej rodziny (dziecko ze zdjęcia powyżej). Wróciła Letty, którą od początku widzimy na miesiącu miodowym z Domem, wrócił Dwayne Johnson, Jason Statham i Kurt Russell, z czego prawdę mówiąc postać tego drugiego jest w pewnym momencie tak przerysowana, że jeśli wybierzecie się do kina nie będziecie mieć wątpliwości w których scenach wybuchałam (ja, i reszta sali) śmiechem. Wyraźnie widać, że autor właśnie śmiech miał na myśli, ale czy o to chodzi w tej serii, by zrobić z niej komedię? Chyba nie. Jeszcze jedna rzecz, że zaangażowana do tej części Charlize Theron po prostu mi do nich nie pasuje. Inaczej tego ująć nie potrafię. Nie wiem czy to kwestia wątku, roli czy aktorki, być może wszystkiego na raz... ale wydaje mi się, że to próba wzbogacenia Szybkich, która nie do końca wyszła twórcom. Choć nie zagrała źle.


O zakończeniu wspominać nie powinnam, ale jeśli mam opowiedzieć Wam szczerze co myślę, to nie mogę tego tutaj nie ująć: tak naprawdę koniec ma więcej z tą serią wspólnego niż wszystko co nastąpiło przed nim. Rozumiem, że chodzi o rozwój, o nie powielanie tego, co już miało miejsce i element zaskoczenia widza, zaintrygowania, by chciał zostać dłużej... Naprawdę rozumiem. Tyle, że rozwijając się do momentu 7, która do najlepszych też nie należała (biorąc pod uwagę nawet dwie "tylko" dwie poprzednie), 8 zabrnęła w kierunku, który utwierdza mnie w przekonaniu, że te trylogie, na które może wcześniej nie zwróciłam tak uwagi, naprawdę mają tutaj miejsce. Czy to dobrze? Nie wiem. Czy źle? Nie będę oceniać. Premiera części 9 planowana jest na 19 kwietnia 2019 i dopóki nie zobaczę jak zapoczątkowane w tegorocznej odsłonie wątki się rozwiną nie chcę mówić, że podąża to w złym kierunku. Choć prawdę mówiąc spodziewałam się czegoś innego. Nie wiem tylko na ile "innego", skoro już (to) widziałam... i tyle mojego, że zobaczyłam. Lubię tę serię w dalszym ciągu, choć wydaje mi się, że wcześniejsze części (fabularnie) były na lepszym poziomie. Tyle.



źródło zdjęć: filmweb, facebook
0

środa, 19 kwietnia 2017

Czas na dziecko - część II

Czy w ogóle istnieje dobry czas na dziecko?

Czy te moje koleżanki, które zostały mamami w wieku lat 19/20 były w dobrym momencie swojego życia, tuż po szkole średniej, jeszcze przed studiami, przed możliwością szukania pracy? Czy może lepiej gdzieś na studiach, po licencjacie, gdzieś w okolicy magistra? Czy lepiej będzie zaczekać do momentu podjęcia pracy, by po studiach "odbić się od dna" finansowego i mieć czas na to, by doprowadzić sytuację finansową do momentu, kiedy mamy możliwości przyjąć nowego członka rodziny pod swój dach? A może lepiej będzie poczekać kilka lat, by móc wpisać w cv jakiś dłuższy przebieg rozwoju zawodowego, który pomoże nam znaleźć pracę po urlopie macierzyńskim? 20, 30, 40 lat, który moment jest dobry? I czy taki w ogóle istnieje?

Zapytałam o to kilka kobiet, które zostały mamami w różnym wieku.

G., mama trzylatki urodzonej pół roku po liceum, mówi mi, że ma problem ze znalezieniem pracy, bo rodzice jej i jej partnera wciąż są czynni zawodowo i nie mają możliwości jej pomóc, opiekunka jest za droga, żyją z jednej pensji, którą przynosi do domu ojciec dziewczynki. Żyją - u rodziców, na zmianę z pomieszkiwaniem u jej babci. Bo życie jest za drogie, finansowo trochę ich przerosło. Patrzę na nią, zakochaną w swojej córce po uszy. Czy żałuje? Oczywiście, że nie. Czy drugi raz podjęłaby tę decyzję świadomie jeszcze przed ukończeniem szkoły? Na pewno nie.


Kasia, mama 26-miesięcznego Diabełka z aureolką, której bliżej już do 40 niż 30 odkąd jawnie zaczęła mówić o tym, że urodziła za późno przyznała, że z mężem już dawno przestali się starać... i nagle na teście pojawiły się dwie kreski. Nie ma już tyle siły, ile miała piętnaście lat temu i pewnie trochę mniej cierpliwości. Trochę mniej pomysłów na co rusz nową zabawę... ale dużo więcej świadomości rodzicielstwa i dojrzałej miłości, jaką obdarzyła swoje dziecko na lata przed tym, zanim się ono pojawiło. 

I On, lat 51, ojciec dwóch synów w wieku 6 lat i 1,5 roku, który siły ma dużo... bo mieć musi. Wierzcie mi lub nie, ale patrzę na jego stosunek od dzieci od 6,5 roku, a właściwie - świadoma tego co widzę - od co najmniej piętnastu lat... i każdemu dziecku życzę ojca, który będzie mu tak oddany. Mimo długich godzin pracy w tygodniu, tysiąca obowiązków w weekendy, braku siły... ma ogrom cierpliwości dla miliona dziennie pytań po co i dlaczego, dla tłumaczenia po stokroć jak coś działa, jak to się stało i dlaczego nie można zrobić tego inaczej. Jest zmęczony, bywa wyczerpany, ale na odpoczynek przy ruchliwej dwójce nie ma czasu. A kiedy tę chwilę znajdzie... "czuję, że jestem za stary", dlatego nie odpoczywa za często.

Żadna z tych osób nie jest złym rodzicem, żadna z nich nie "wpadła", żadna nigdy nie powiedziała, że żałuje świadomie podjętej decyzji o powiększeniu rodziny. Tak naprawdę, w momencie kiedy zostali rodzicami, dzieliło ich wszystko. Wiek to najmniej ważna z tych rzeczy, bo chodzi o nic innego jak o świadomość swojego życia i jego umiejscowienie.

Czy jest dobry czas na dzieci? 

Myślę, że tak. Niezależnie od wieku czas na dzieci przychodzi w momencie, kiedy patrząc na cudze dziecko możesz się w nim zupełnie nie zakochać, ale robiąc rachunek sumienia i myśląc o tym jaka sama jesteś, jaki jest Twój partner pomyślisz: jestem szczęśliwa, chcę tym szczęściem obdarzyć Małego Człowieka i choć świat czasem rzuca mi kłody pod nogi i myślę, że nie dam rady stawić mu czoła - chcę tej Cząstce Siebie pokazać każdą z pięknych rzeczy, jaką mam możliwość dostrzegać na co dzień. 

Decyzja o dziecku jest najważniejszą, jaką podejmiesz i powinna być świadoma. Podjęta z miłości - do siebie, do tego Stworzenia, które chcesz wydać na świat, a nie z egoizmu i potrzeby bycia kochaną czy, co gorsza, "posiadania kogoś do kochania".

Myślę, że jest dobry czas na dzieci. Do każdego człowieka przychodzi po prostu w innym etapie jego życia. 

Lub nie przychodzi, z bardzo wielu powodów, którymi mogłabym podzielić się, na wielu innych przykładach, w osobnym wpisie.

Generalnie chodzi mi o to, że dobry czas na dziecko jest  wtedy, kiedy czujesz w sobie, że jesteś na nie gotowa. A nie dlatego, że ludzie zadają pytania, że partner naciska, że "już czas", że masz mieszkanie, pracę, możliwość powrotu do niej po macierzyńskim... Nie dlatego, że "coś". Dlatego, że tak.  
0

niedziela, 16 kwietnia 2017

Szybki post - czyli ootd Karoli

Hej,
Dziś szybki post! Pytaliście co Karola miała na sobie na ostatnim zdjęciu, więc przychodzę z ootd Karoliny.
Karolina ma na sobie body na długi rękaw ze smyka. 
Spodnie z cocodrillo, bluzę nieznanej firmy.
 Kamizelka futrzak z zary, buty nike.
 Opaska aliexpress o której był tu post, oraz torebka z pepco którą sobie ostatnio sama kupiła. ;D 

Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu i takie szybkie posty. ;)




0

środa, 12 kwietnia 2017

Czas na dziecko - część I


Powinnam chyba zacząć od dzień dobry. Przychodzę do Was dzisiaj z dość nietypowym (i bardzo długim) postem (właściwie pierwszą jego częścią), a na pewno bardzo osobistym i "napchanym" przemyśleniami, które - mam nadzieję - zostaną zrozumiane, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że duża część z naszych czytelniczek to mamy.

Być może stereotyp dotyczący kobiet jako kur domowych* minął, niemniej jednak z pewnością nie bezpowrotnie i wciąż w pewnych kręgach żyje przekonanie, że kobieta została stworzona do roli matki i żony - w związku z czym wszelkiego rodzaju chęci kształcenia się czy rozwijania w kwestii zawodowej powinna, o ile nie porzucić, to odsunąć na dalszy plan i skupić się na domu i rodzinie. Zakładam, że każda z nas choć raz w życiu usłyszała choć jeden komentarz sugerujący, że w kimś z naszego - bliższego lub dalszego - otoczenie to przekonanie nie umarło.

Dla przykładu: ja miałam takiego sąsiada. W moim okresie maturalnym chwalił się wynikami (rok starszego ode mnie) wnuka w nauce, przepełniony dumą ze studiującego na UJ-cie 20-latka. Jednocześnie dobitnie próbował zasugerować mi, że kobiecie potrzebny jest chłop, nie matura. O ile w przypadku starszego pana ten pogląd nie wydaje się tak absurdalny (choć jego córka robi karierę i czasu na rodzinę nigdy nie miała zbyt dużo), tak sama znam co najmniej dwóch mniej-więcej swoich równolatków z podobnym przekonaniem.

W tamtym okresie pośmiałam się razem z nim radośnie i puściłam tę uwagę mimo uszu, bo choćbym chciała się z tym nawet zgodzić, to dziewiętnaście lat to nie był odpowiedni moment na świadome planowanie zakładania rodziny już teraz. Choć znam kilka dziewczyn, które (nie)świadomie zostały w tym okresie mamami i niczego im nie ujmuję, bo sprawdzają się w tej roli.

Rzecz w tym, że nie każda kobieta chce być mamą. I również w tym, że do tego nie zawsze się dorasta. Większość nastolatek reagujących na dzieci z, powiedzmy, obrzydzeniem słyszy: dorośniesz, jeszcze Ci się odmieni, kiedyś zmienisz zdanie. Załóżmy, że zgodzę się, że w większości przypadków faktycznie tak jest. Kiedy minie okres szumnego przeżywania codzienności przychodzi moment stabilizacji, gdzie o ile nawet nie zakłada się (od razu) rodziny, tak przestają ludzi bawić imprezy sześć razy w tygodniu i umieranie siódmego dnia, bo przecież kiedyś trzeba wytrzeźwieć czy, jeśli ktoś nie pije, po prostu odpocząć. I sądzę, że do tego etapu też każdy z nas ma prawo, bo kiedyś wyszumieć się trzeba. Jedni przechodzą ten okres buntu głośniej, inni ciszej, jeszcze innym przesuwa się on nawet na okres trzydziestki. Znam też przypadki, kiedy w wieku (około) pięćdziesięciu lat kobieta poczuła, że dzieci nie płaczą, mąż nie zrzędzi, przyjaciółki są na podobny etapie, i zaczęła się bawić dopiero wtedy. Nikogo nie zaniedbuje, stać ją na sześć urlopów w roku... Czy jest dobry czas na tę (przeważnie) nastoletnią szumność? Przypisuje się ją okresowi lat -nastu, ale myślę, że to nie jest kwestia wieku a bardziej potrzeb, jakie się w nas rodzą.


Może z macierzyństwem jest podobnie. Ja fanką dzieci bardzo długo nie byłam. Mniej więcej do momentu, kiedy mój facet postanowił, że chce zostać ojcem, już teraz, i zaczęliśmy się o to kłócić, aż w końcu doprowadziło nas to do rozdroża, na którym obraliśmy oddzielne kierunki. On adoptował dziecko swojej aktualnej żony, za niespełna dwa tygodnie przyjdzie na świat ich syn. Ja mam pracę i przekonanie, że do mojego etapu macierzyństwa, gdyby miał on kiedyś nastąpić, droga jest jeszcze daleka. Koleżanek z podobnym przekonaniem mam niewiele, znajomych - całkiem sporo. Jedną, która podjęła najbardziej świadomą z możliwych mi do wyobrażania decyzji, że dzieci mieć nie będzie. W wieku jest takim, że jestem skłonna uwierzyć, że jej się już nie odmieni. Choć nie lubię mówić "nigdy". Tyle, że różnica między nami jest spora i dość wyraźna - ona nie tyle stroni od obecności dzieci, co zwyczajnie omija je szerokim łukiem; a ja je lubię.

Miałam w swoim życiu taki okres bycia opiekunką (o którym, jeśli chcecie, chętnie Wam opowiem jako przestrogę zatrudniania niani dla swoich pociech), spędziłam ponad pół roku na placu zabaw z najcudowniejszą dziewczynką pod słońcem, ucząc się mówić, bawić z dziećmi, śpiewając piosenki, jeżdżąc na wycieczki, odkrywając w sobie kreatywność i ciepło, o którym nie miałam pojęcia, że istnieje. Bo tak działają dzieci - nie tylko my, dorośli, je uczymy, ale również uczymy się od nich. I wydaje mi się, że tak naprawdę te małe stworzenia pokazują nam więcej niż my jesteśmy w stanie pokazać im. A na pewno biorąc pod uwagę siłę tych "rzeczy" - wrażliwości, umiejętności dostrzegania piękna w małych rzeczach, jawnej radości z pozornych głupot, potrzeby bliskości, rodzinnego ciepła, zatrzymania się w biegu... Nie będąc matką mogłabym wymieniać tak godzinami. Gdzie "nie będąc matką" to zwrot kluczowy, bo to Wam, Mamusie, przypisuje się dostrzeganie największej na świecie miłości w wyrazie twarzy Waszej śpiącej pociechy. Mnie do dziś rozczula wspomnienie spokojnego oddechu mojej chrześnicy, kiedy zasypiała przytulona po ogromnym płaczu trwającym pół wieczoru... i otwierające się co chwilę oczy, sprawdzające, czy ktoś jest obok. Byłam.

Ręka do góry, Kobiety, która z Was spotkała się komentarzem odnośnie tego, że: nadszedł czas na dziecko. Bo wiek już taki, bo związek długi, bo stabilizacja finansowa, bo rodzice w wieku "na wnuki", bo... (wstaw dowolne z miliona przykładów) Ile z Was musiało tłumaczyć, że to jeszcze nie ten moment, nie chcąc wymyślać zbyt wielu argumentów i często, dla świętego spokoju bycia nie-zasypanym kolejnymi pytaniami, nie chcąc przedstawiać prawdziwych powodów. Coraz częściej słyszę ostatnio z ust ciężarnych kobiet jak wielkim faux pas jest pytanie młodych małżeństw/długoletnich związków kiedy przyjdzie potomstwo. Niestety, żyjemy w smutnych czasach, gdzie wiele par ma problem z zajściem w ciąże, wiele przez długie lata stara się i modli o dziecko, a wiele jest tak niestabilnych życiowo, że mimo ogromnych chęci powiększenia rodziny, decyzję o nim odkłada coraz dalej, i dalej... Niestabilnych - z sytuacją mieszkaniową, z pracą, a co za tym idzie, finansami. Być może są związki, w których kobieta o dziecku marzy, a mąż mówi "jeszcze nie teraz". A może odwrotnie. Zakładam też, że każdy z nas ma swoją listę priorytetów i jestem pewna, że każdy ma do niej prawo. Rodzina na tej liście może zajmować tak samo pierwsze jak i ostatnie miejsce, a nikt poza nami i naszym parterem nie ma prawda do negowania kolejności naszych celów i marzeń... 


Czy w ogóle istnieje dobry czas na dziecko?


__________________________

Zapraszam do rozmowy. A na dalszą część zapraszam Was za tydzień... 

* szeroko pojętych; być może nieco nadużywam pojęcia
0

niedziela, 9 kwietnia 2017

Bebetto Rainbow - czyli jak wybraliśmy naszą idealną spacerówkę.


Cześć, dziś opowiem trochę o wyborze spacerówki. Każdy z rodziców staje przed wyborem kupna wózka czy to zestaw 3w1, bądź 2w1. My kupiliśmy Karolinie najpierw używaną gondole, z której byłam bardzo zadowolona. Jedynym jej minusem był brak możliwości przednich skrętnych kół.

Od czego zaczęłam poszukiwania wózka? Zajrzałam na rankingi najlepszych wózków roku 2016. Na pierwszych miejscach w tych listach pojawiły się trzy wózki, takie jak:

  1. Wózek spacerowy Zapp Xtra 2 Blue Base 
  2. Bebetto Nico S-Line
  3. WÓZEK SPACERPWY FIRMY BERTONI MODEL LORELLI S 300
Pierwsze co zrobiłam spojrzałam na nie wizualnie. Tak, ma u mnie to wielki wpływ. Najbardziej spodobał mi się Bebetto. Popatrzyłam na ceny. I tu było już różnie. Bo od 1300 zł do 400 zł. Ok, przeznaczyłam tysiąc na spacerówkę, więc mieszczą się. Czas przyszedł przemyśleć co chcę by posiadał nasz wymarzony wózek, który ma nam posłużyć przez kilka lat. 

Ja szukałam samej spacerówki, więc z tego miała składać się moja baza.
Typ siedziska? Koniecznie rozkładany do pozycji leżącej. 
Co więcej?
  • amortyzacja, 
  • zdejmowana tapicerka, 
  • regulowany podnóżek,
  • duży kosz na zakupy.
Przydałby się również dodatkowe akcesoria takie jak:
  • torba do wózka,
  • folia przeciwdeszczowa,
  • moskitiera,
  • osłona na nóżki.

Zaczęłam czytać opisy wózków Bebetto, które przypadły mi najbardziej do gustu. 

Obydwa modele urzekły mnie takimi cechami jak:
  • miękkie zawieszenie na sprężynach;
  • hamulec blokujący jednocześnie dwa tylne koła;
  • łatwy i szybki system składania ramy wózka;
  • obrotowe przednie koła wyposażone w systemy pamięci kierunku DMS oraz absorpcji wstrząsów SAS;
  • pompowane koła przednie i tylne z możliwością blokady;
  • siedzisko spacerówki odpowiednie dla dziecka od 6 miesiąca życia;
  • elementy tapicerki chroniące pociechy przed wpływem negatywnego promieniowania UV;
  • przedłużana budka 

Postanowiłam odwiedzić sklep, w którym dostanę oba modele obok siebie i będę mogła je porównać. Od początku nie zależało nam na przekładanym siedzisku - a tym głównie różnią się oba modele. W sklepie miałam taką możliwość. Posadziłam również córkę, by sprawdzić jak się czuje. W jednym i drugim nie było żadnego problemu. Porównując modele zauważyłam jedynie, że Nico ma mniejszy kosz na zakupy. Dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się na Rainbow. Wózek niedługo będzie miał pół roku i nigdy nie mieliśmy z nim żadnych problemów. Wózek ten do lekkich nie należy, bo to prawie 13 kg, ale ja bez problemu znoszę go z pierwszego piętra, gdy mała jest w środku. Wózki tej firmy są ogólnie bardzo chwalone i ostatnio zauważam ich coraz większą popularność na grupach mamusiowych. 
Wiadomo każdy z Was kieruje się swoim wyborem. Zróbcie sobie listę rzeczy, które musi posiadać Wasz wózek i nią się kierujcie. Nawet zajrzyjcie na allegro i tam odhaczając parametry, zróbcie sobie wstępną selekcje wózków i z niej wybierzcie najlepszy dla Was. 
Ja z tatą Karoli zakochaliśmy się w tej firmie. Oboje uważamy, że jeżeli mielibyśmy kupować kolejny wózek to tylko i wyłącznie z tej firmy. Ich koła, amortyzacje oraz wykonanie całego wózka rozkochało nas w sobie. 
Mogę Wam polecić kilka modeli wózków typu 2w1 tejże firmy takich jak :


Modeli jest naprawdę sporo. Na pewno wybierzcie coś dla siebie. 
Post może wygląda jak sponsorowany, ale na pewno takim nie jest, a jedynie pokazuje moje odczucia i uwielbienie dla tej firmy. ;) Jest to produkt polski, a my lubimy swoje, prawda? 
Do naszej spacerówki dokupiliśmy wyprawkę. U Pani LulaBaby - artykuły dla dzieci i niemowląt.








0

środa, 5 kwietnia 2017

Emily Giffin - Dziecioodporna

Cześć! Dobry wieczór :) 

Żeby nie było, że w ostatnim czasie nie robię nic innego jak tylko chodzę do kina, mam dla Was dzisiaj recenzję książki, którą poznałam już jakiś (dłuższy) czas temu, a teraz coraz częściej wracając do niej myślami postanowiłam przeczytać po raz drugi. Raczej rzadko mi się to zdarza, ale książka, o której Wam opowiem jest nieco wyjątkowa. Poza tym uznajmy ją za wstęp do tematu, który ze swojej (nie-matczynej) strony chciałabym poruszyć w przyszłym tygodniu. 

Nie przedłużam, zapraszam do czytania :)

Czy trzeba wybierać między dziećmi a karierą?
Czy w miłości mają sens niezrywalne umowy?
Czy w życiu warto mówić "nigdy"?

Claudia i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Nie chcą mieć dzieci, realizują się w pracy i w życiu towarzyskim. Kiedy jednak w domu ich przyjaciół pojawia się niemowlę, w Benie coś pęka. Pragnie zostać ojcem. Jak w tej sytuacji zachowa się Claudia? Czy ich małżeństwo wytrzyma tę próbę? 




Zacznę od tego, że czaiłam się na nią tak długo, że kiedy spotkałam ją (dawno temu) w Empiku, po prostu nie mogłam jej nie kupić. Nie było to moje pierwsze spotkanie z panią Giffin, lubię jej styl pisania, a w przypadku Dziecioodpornej spodziewałam się też ciekawej treści. No i... ciekawa była, choć momentami denerwująca. 

W książce spotykamy Claudię i Bena. Od kilku lat są kochającym się małżeństwem, któremu niczego do szczęścia nie brakuje. Żadne z nich nie snuje marzeń dotyczących posiadania potomstwa - pod tym względem dobrali się idealnie, bowiem Claudia przed poznaniem przyszłego męża na każdym kroku słyszała krytykę, a zarówno rodzina, znajomi jak i mężczyźni, których spotykała na swojej drodze sceptycznie kiwali głową przekonani, że to po prostu nie ten moment, ale przyjdzie dzień, w którym kobieta zapragnie zostać mamą. Przekroczyła trzydziestkę, a ten jednak nie nastąpił. U Bena również, jednak tutaj... do czasu. 
Jesteśmy razem, ponieważ chcemy być razem.
Nie dlatego, ze potrzebowaliśmy partnera do wychowania dziecka, ani dlatego, że połączyły nas dzieci i osiemnaście lat obowiązków.
 
Kiedy w rodzinie przyjaciela pojawia się dziecko, Ben z początku niepewnie, z czasem jednak coraz śmielej zaczyna namawiać żonę na powiększenie rodziny. Przytacza różnego rodzaju argumenty przemawiające za posiadaniem potomstwa, a kiedy to nie skutkuje, kiedy w ich małżeństwie pojawiają się coraz częstsze zgrzyty - przychodzi mu na myśl, że być może Claudia nie chce być mamą nie dlatego, że nie lubi dzieci (przecież bardzo mocno kocha swoich siostrzeńców), ale dlatego, że nie chce rezygnować z kariery zawodowej. W tym miejscu ze strony mężczyzny pojawia zapewnienie, że jest gotów wziąć odpowiedzialność za wychowanie potomka na siebie, dzięki czemu żona nie musiałaby diametralnie zmieniać swojego życia. Jak się jednak okazuje - nie w tym problem. Z resztą... dla Claudii to w ogóle nie jest żaden problem, a jedynie jej maż nie dotrzymał danego przed ślubem słowa i w pewnym sensie zawiódł ją nagłym pragnieniem zostania ojcem. 

Można by uznać, że w tym miejscu pojawia się pierwszy absurd - po serii sprzeczek małżeńskich, które Ben próbuje zapić, Claudia rzuca oskarżenie w stylu "i Ty chcesz być ojcem", po czym... wyprowadza się z domu, do przyjaciółki, która choć próbuje ją zrozumieć, gdzieś w głębi siebie przyznaje rację Benowi. Nie, to mnie nie dziwi. Bo o ile niechęć do zostania matką rozumiem, tak Claudia jest nie tylko kobietą chcącą pozostać niezależną (w jej mniemaniu dziecko jest cudowne, dopóki nie jej, bo wtedy jej nie ogranicza), o ile nastawioną kategorycznie na NIE, którego nic a nic nie jest w stanie podważyć. 1/3 książki to rozważania na temat tego, czy zgodzić się na dziecko, by ratować małżeństwo (które de facto zostaje rozwiązane przez rozwód w bodajże trzy miesiące, o ile dobrze pamiętam, od momentu wyprowadzki do przyjaciółki). Dalej jest próba zapomnienia, wciąż jednak przeplatana myślami o byłym mężu, aż nagle pojawia się decyzja, choć nie powiedziałabym, że jest ona przemyślana, urodzić Benowi dziecko. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, ale wydaje mi się, że Claudia postanowiła nawet zadzwonić do niego i go o tym poinformować... (tu doszłam do wniosku, że jest ona nieco niestabilna emocjonalnie)
Jeśli największą zaletą wczesnego rodzenia dzieci jest to, że szybciej masz je z głowy, a największą zaletą późnego rodzenia dzieci jest odwleczenie tej mordęgi, to czyż zupełna rezygnacja z dzieci nie stanowi najlepszego rozwiązania?
Wspomniałam już wyżej, że Claudia z początku uważa, że ta niechęć do dziecka w jej życiu nie stanowi dla niej problemu. Z czasem jednak, kiedy małżeństwo się rozpada, przyjaciele Bena unikają kontaktu z nią, a ona zdaje sobie sprawę z tego, że straciła jedynego mężczyznę, którego była w stanie pokochać - zaczyna analizować swoje życie i zastanawia się nad przyczyną swoich przekonań. I to zagłębienie się w psychikę bohaterki, w jej życie i traumy z dzieciństwa, która do dziś ją prześladują jest zdecydowanie największym plusem tej książki. Natomiast nie jedynym.

Jest w niej jednak coś, co sprawiło, że na jakiś czas odłożyłam Dziecioodporną na półkę. W pewnym momencie musiałam od niej po prostu odpocząć. Nie należę do kobiet, które stawiają posiadanie dziecka na pierwszym miejscu i w wielu momentach jestem skłonna przyznać Claudii rację ale... jakby to określić, bohaterka tej książki jest zwyczajnie nawiedzona. I myślę, że to nie jest nadużycie. Większością książek dzielę się ze swoją rodzicielką i chociaż wydawałoby się, że ona czyta naprawdę wszystko, co wpadnie w jej ręce - Dziecioodporną odłożyła dosyć szybko stwierdziwszy, że Claudii potrzebny jest psycholog. Wniosek? Może nie tyle, że "na pewno nie jest to książka dla matek, czy nawet kobiet, które w tej roli siebie widzą i uznają ją za najważniejszą", ale z pewnością dla tych z Was, które mają (lub chcą mieć) w swoim życiu jakąś małą istotkę, może być ona ciężka w odbiorze.
 Jeśli największą zaletą wczesnego rodzenia dzieci jest to, że szybciej masz je z głowy, a największą zaletą późnego rodzenia dzieci jest odwleczenie tej mordęgi, to czyż zupełna rezygnacja z dzieci nie stanowi najlepszego rozwiązania?
Chciałabym jeszcze, żebyście mieli świadomość tego, że Dziecioodporna nie jest książką o niechęci do dzieci ani o tym, czy warto lub nie warto je mieć. To obraz samoświadomości, miłości, poświęceń i refleksji nad życiem i priorytetami, które zostały ustalone przed laty. Zakładam, że każdy z nas miewa chwile, kiedy zastanawia się nad ich słusznością i jestem pewna, że każdy ma do nich prawo. Claudia, jak wspomniałam wyżej, trochę się w tym pogubiła, ale jesteśmy świadkami naprawdę głębokich rozważań nad słusznością podjętych decyzji i... nie, więcej nie powiem, bo mogłabym zabrnąć za daleko i zdradzić Wam o trzy słowa za dużo. 

Podsumowując - z całą sympatią dla pani Giffin, języka jakim się posługuje i (odmiennych) poglądów, które warto poznać - naprawdę polecam. 
0

niedziela, 2 kwietnia 2017

Co przyniósł nam ten miesiąc? - czyli 9 miesiąc życia Karoliny.


Dzień dobry!
Przychodzę do Was dziś z nową serią, którą rozpoczęłyśmy na blogu. "Co przyniósł nam ten miesiąc?" Będę co miesiąc podsumowywać miesiąca z życia mojej córki Karoliny. Trochę za późno z tym wystartowałyśmy, ale i tak uważam, że będzie to piękna pamiątka dla nas. A Wy moje drogie mamy będziecie mogły również opisywać jak to u Was wyglądało. Jestem bardzo ciekawa tego!

Pamiętacie jednak, że każde dziecko jest inne. Nie porównuj nigdy swojego dziecka do innego! 
Córka taka sama jak tata. Tak oglądali mecz. ;)
Karolina 30 marca 2017 r skończyła 9 miesięcy swojego malutkiego życia. Ten miesiąc był równie zaskakujący jak wcześniejsze.
Na samym początku miesiąca wyszedł nam pierwszy ząbek, po 18 marca wyszedł drugi. A przez ostatnie dni walczymy z jedynką u góry, która przynosi nam sporo cierpienia. Jak te pierwsze ząbki znosiła nawet dobrze, bo tyle co była marudna i zdarzyły się napady płaczu, tak jedynka to mały koszmar. Mała nie śpi pół nocy, a jak już śpi to płacze okropnie przez sen i musimy ją dobudzać. Cały czas ma coś zimnego w buźce, co choć trochę łagodzi jej ból.
Karolina od początku tego miesiąca już pięknie chodziła przy meblach. Mieliśmy chodzik, który u nas nie sprawdził się kompletnie. Pchacz ją trochę interesuje, ale też średnio jej to idzie. Woli zdecydowanie chodzić przy naszej pomocy, bądź krzesła robią jej za pchacz. Na początku tego miesiąca bała się przewrócić i łapanie równowagi ciężko jej szło. Jednak od dwóch tygodni sztywno stoi już bez trzymania się mebli.
Co prawda przegrałam zakład, ze zacznie chodzić pod koniec tego miesiąca, ale cieszę się. Jeszcze choć trochę mam "spokoju". Już się boje co to zacznie się jak zacznie biegać. ;o
Raczkuje od siódmego miesiąca, więc teraz ją już to nudzi.
Bez problemu podnosi wszystko paluszkami, czy też wskazuje palcem wskazującym np oczko czy nosek lalki.
W tym miesiącu zmieniliśmy również mieszkanie. Jak sama przeprowadzka i nowe otoczenie nie przyniosło żadnych problemów tak sen już tak. Ja i tata Karoli nie pamiętamy, kiedy ostatnio spaliśmy przytuleni do siebie. Karolina śpi pośrodku. Budzi się x razy w nocy, przez co nie mamy już siły wstawać do niej tyle razy i zostawiamy ją z nami. Ma też tak, że jak poczuję, że jest w łóżeczku od razu wstaje i chce do nas. Najśmieszniejsze jest to, że jak śpi z nami to i tak odwrócona tyłkiem do nas i nie da się nawet przytulić. Mała wredota. Chyba nowe łóżko rodziców jest po prostu wygodniejsze..
Malutka uwielbia momenty, gdy chwalimy ją. Cieszy się też jak broi i tłumaczymy, że telewizor to wcale nie jest bębenek do uderzania. ;D
Gaworzenia nie ma końca. ...uwielbia krzyczeć na nas. Ciekawe po kim to ma. ;DDD

Cycuś w dzień dużo mniej ją interesuje. Ma swoje dni, kiedy je wszystko pięknie, a innym dniem wypluwa i nie ruszy nic. Ma swoje stałe pory snu po 10:00, 14:00 i 18:00. Zasypianie nadal różnie nam wychodzi.

0
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.