środa, 29 marca 2017

Wszystko albo nic


Chyba zostanę kinomaniakiem. Właściwie, jak myślę o sobie sprzed roku, to bywałam w kinie sporadycznie i dość trudno było mi sobie przypomnieć w grudniu co widziałam na dużym ekranie. A od... października? Od listopada, od premiery Niebezpiecznych Kobiet zaczęłam nie tylko lubić kino, ale również je odwiedzać. I takim oto sposobem, w sobotę wybraliśmy się na Wszystko albo nic, o którym chciałabym Wam dzisiaj powiedzieć coś więcej. 


Zanim jeszcze przejdę do recenzji chciałam zapytać, czy ktoś z Was korzysta(ł) może z karty Cinema City Unlimited i może podzielić się opinią na ten temat? Będę wdzięczna :)
O Wszystko albo nic dowiedziałam się z radia. A konkretnie, z piosenki Farnej (klik). Nie jestem pewna czy przyciągnął mnie teledysk, ani tak naprawdę zwiastun... ani opis fabuły. Będę szczera - poszłam na ten film dlatego, że została namówiona. Spodziewałam się komedii romantycznej z serii tych do porzygu (przepraszam!), mdłej historii o zakochiwaniu się w (przystojnym) facecie i jakimś drugim w tle. Tymczasem... 

Linda jest właścicielką księgarni (urządzonej w fajnym stylu!), od dziecka zakochaną w książkach wszelkiej maści. Podczas gdy jej brat i przyjaciółka (trzej muszkieterowie ;)) bawili się nad jeziorem, nastoletnia Linda płakała nad losem zdradzonej bohaterki jednej z powieści. A jeszcze wcześniej, jako dziecko, zakradała się do bibliotecznego działu literatury dla dorosłych... i choć przyjaciół miała świetnych, to nie podzielając jej pasji nie byli w stanie zrozumieć jej zachowania.
Kilkanaście lat później Linda jest dorosłą kobietą, mamą (prawie) pięcioletniej dziewczynki. Wtedy właśnie właścicielką księgarni, nadal siostrą, nadal przyjaciółką Vandy, której życie - mogłoby się zdawać - kręci się wokół seksu i tylko ten typ relacji, opierający się na pociągu fizycznym, ją interesuje. Nie mogłabym tu nie wspomnieć o Edku, przesympatycznym homoseksualiście, który pomaga dziewczynom w prowadzeniu księgarni. Przy czym! Mówię o jego orientacji nie bez powodu - wydaje mi się, że właśnie jego pociąg od mężczyzn pomaga mu zrozumieć naturę obu dziewczyn i późniejsze wydarzenia w filmie. 
Brat Lindy ma niesympatyczną żonę i dwójkę (chyba) sympatycznych dzieci, Vanda mężczyzn na jedną noc, Edek w księgarni poznaje swojego przyszłego partnera, a Linda przypadkiem wpada na przystojnego biznesmena, podczas gdy jej mama próbuje (nieudolnie) swatać ją z lekarzem, z którym (mama) pracuje. Jak czytam w oficjalnym opisie fabuły: 
Chociaż miłość to same kłopoty, to i tak trójka przyjaciół odda się jej bez reszty.
Tyle na temat fabuły, przejdę do konkretów. Pierwszy raz od bardzo dawna spotykam w filmie przyjaźń, która jest naprawdę szczera. Na pozór zupełnie inne - romantyczka i nimfomanka - tak naprawdę Linda i Vanda są do siebie bardzo podobne. Obie mają wokół siebie pewne (wymuszone) mury, które chronią przed zranieniem - czy to przez pozorny brak wiary w miłość V. czy strach przed wpuszczeniem do życia swojego i córki mężczyzny, który nie będzie chciał stać się jego częścią na zbyt długo L. Generalnie te dwie kobiety są naprawdę sympatyczne i ze wszystkimi zawirowaniami, jakie spotkały ich w życiu potrafią sobie poradzić... bo mogą to robić wspólnie. W dodatku miło zobaczyć na ekranie nowe twarze, których postaci nie mylą się z żadną inną z filmu, który ukazał się pół roku wcześniej. (niestety, ale polskie kino docenia bardzo niewielu aktorów i wszędzie angażuje podobną "ekipę", przez co czasem trzeba się zastanowić z kim ona się właściwie spotyka w tym filmie, a z kim spotykała w innym)


Żebrowski zagrał w tej produkcji biznesmena, którego dość długo nie potrafiłam zrozumieć. A może, tak naprawdę, nie do końca chciałam zrozumieć, choć w pewnym momencie jego zachowanie stało się bardzo oczywiste. Trochę chcę, trochę się boję, będę zgrywał twardziela i zrobię Ci w życiu niezły bałagan. Gdybym miała podsumować tę postać jednym zdaniem, tak właśnie by ono brzmiało.

Mamy też postać Pawła Deląga, który gdzieś tam się przewija, ale ostatecznie przez dwie godziny jest go tyle, ile widać w zwiastunie. Domyślam się, że miał przyciągnąć widzów.

Wspomniałam wyżej, że spodziewałam się mdlącej komedii romantycznej opartej na utartym schemacie wielu innych i tak naprawdę nie byłam przekonana dlaczego na ten film poszłam. (bo wciąż grają trzy inne, które chciałabym zobaczyć) Ale, nie żałuję absolutnie. Romantyczna - tak, bo o miłości. Ale przede wszystkim to jednak komedia, w dobrym tego słowa znaczeniu. Ja fanką komedii nie jestem i przeważnie coś, co jest nastawione na rozśmieszenie widza mocno mnie drażni i nie oglądam. Ale tutaj humorystyczne są postaci, a nie wydarzenia, przez co opinia o tym filmie, z jaką spotkałam się przy wyjściu z sali była u wszystkich podobna - świetny obraz przyjaźni, świetna postać Vandy. Trochę mi się ona kojarzy z Ostaszewską z Pitbulla, którą mocno wychwaliłam przy jego recenzji. Z tą jedną różnicą, że Olka była raczej głupia, a Vanda ma silny charakter i jest po prostu kochana. W każdym razie, rola drugoplanowa, ale zapadła mi w pamięć bardzo mocno.

Podsumowując: choć jest to komedia romantyczna, (chyba?) nie ma w niej momentów, by móc sobie popłakać. Jak na mój gust nie ma nawet takich, by móc się wzruszyć. Kiepsko poprowadzony wątek macierzyństwa Lindy, bo dziecko przez cały film pojawia się kilka razy (choć fakt bycia mamą ma duże znaczenie), ale bohaterka nie zachowuje się jak mama. Nie chcę szufladkować mam i nie twierdzę, że powinny siedzieć w domu z pociechą, ale Linda nie ma problemu późno wracać do domu, randkować co wieczór, wyjechać (z dzieckiem) na pijacki urlop w góry czy na kilka dni do Włoch (bez dziecka). Deląg w zwiastunie, którego nie ma w filmie... Generalnie film skupił się na kobietach i niewątpliwie do nich jest kierowany. Polecam na luźne popołudnie, dobry do wina lub jako wstęp do babskiego wieczoru. I, podkreślę jeszcze raz, wielki plus za grę aktorską.
0

niedziela, 26 marca 2017

Wyprawka do szpitala - co spakować na poród?

Cześć przyszłe mamusie!
Wczoraj pisałam z koleżanką, która przygotowuje się na przyjście na świat swojej małej kruszynki i spytała mnie co spakować dla siebie do szpitala. Postanowiłam sobie przypomnieć moje wielkie przygotowania na to wydarzenie i wypisać Wam rzeczy, które warto wziąć ze sobą.
Pamiętam, że ja szykowałam się od ósmego miesiąca. Koniec końców i tak nie wzięłam wszystkiego i pakowaliśmy się jeszcze raz w bólach.
Warto zajrzeć na stronę szpitala, gdzie często wypisane są potrzebne rzeczy, których wymaga dany szpital. Pomyśleć również na spokojnie co nam się przyda, a co nie.
Najważniejsze są dokumenty, takie jak:
  1. Dowód osobisty (z aktualnym nazwiskiem, ew. akt ślubu)
  2. NIP pracodawcy.
  3. NIP pracodawcy ojca dziecka, jeżeli zdecyduje się na urlop ojcowski - 2 tygodnie, których nie trzeba wykorzystać od razu. Można rozłożyć tygodnie.
  4. Karta ciąży.
  5. Plan porodu.
Wyniki badań:

  • HBS (badanie krwi na nosicielstwo antygenu wirusa żółtaczki zakaźnej, zrobione po 32. tygodniu ciąży), WR (badanie w kierunku kiły, robione dwukrotne: na początku i pod koniec ciąży), grupa krwi.
  • USG: najlepiej wszystkie, ale już koniecznie ostatnie, czyli zrobione w III trymestrze..
  • Ostatnia morfologia i badanie moczu.
  • Wynik badania na obecność HIV.
  • Przy ujemnym czynniku Rh u matki – określony poziom przeciwciał anty-Rh.
  • Posiew z pochwy w kierunku GBS (Streptococcus agalactiae, czyli badanie GBS paciorkowca z grupy B).
  • Inne istotne wyniki badań w ciąży i konsultacji np.: konsultacja okulistyczna, kardiologiczna czy ortopedyczna .
  • Dodatkowo w przypadku planowego cięcia cesarskiego należy na 4-5 dni przed planowanym zabiegiem wykonać jonogram (sód i potas) i koagulogram (INR, APTT).
To są rzeczy najważniejsze, a teraz rzeczy, które powinniśmy mieć ze sobą na czas porodu:

  • Ubrania dla siebie, takie jak: 1 czy 2 koszule nocne lub dłuższe t-shirty (bluzki weź takie, których nie będzie żal wyrzucić), szlafrok, ew. rozpinany sweter lub bluza, ciepłe skarpetki, kapcie.
  • Chusteczki nawilżane bądź pielucha tetrowa - do przecierania twarzy, do okładów. (Mi przydała się właśnie pielucha. Rodziłam latem w największy upał, więc to było zbawienie.)
  • Oliwka do masażu (nie miałam, ale może któraś z Was lubi to bierzcie śmiało.)
  • Mp3 i słuchawki (też fajna opcja, ale ja nie miałam nawet czasu by o tym myśleć.)
  • Jedzenie oraz picie dla osoby towarzyszącej.
To wszystko przyda się Wam podczas samego porodu, a co natomiast po?

  • Woda. Piszę ją jako pierwszą, bo mi utkwiła w pamięci. Ja jej nie wzięłam, a jak się później okazało potrzeba jej dużo. Położne wymagają picia około 3 litrów dziennie.
  • 2 koszule z rozcięciem, wygodne do karmienia piersią. (Ja zużyłam 3, ponieważ byłam bardzo pokuta - miałam przetaczaną krew, która lała mi się często z wenflonu.)
  • 5 par majtek poporodowych. (najlepiej siatkowych, jedno- lub wielorazowych. Polecam te wielorazowe, które doradziła mi Pani w aptece. Są ciaśniejsze przez co wygodniejsze i czujemy się bardziej komfortowo. Ja ich nie używałam jako wielorazowych tylko na raz. Nie są drogie, więc brać śmiało dużo.)
  • Przybory toaletowe (dezodorant, szczoteczka i pasta do zębów, płyn do higieny intymnej, żel pod prysznic, szampon, ewent. kosmetyki do makijażu, szczotka lub grzebień, gumki do włosów), klapki pod prysznic. (Ja nie wzięłam kosmetyków do makijażu. Żałuje i nie. Czas na pomalowanie się jest. Maluszek dużo śpi a my nie mamy co robić. A zdziwicie się ile osób Was odwiedzi, w dodatku z aparatami w ręku. Jeżeli myślicie czy brać - bierzcie, albo użyjecie albo nie. (tylko nie bierzcie całej toaletki ze sobą, a kilka najważniejszych rzeczy. ;))
  • 2 ręczniki duże i jeden mały.
  • 20 poporodowych dużych podpasek (np. Bella) lub najbardziej chłonnych podpasek, typu Na noc lub maxi. Polecam właśnie te z firmy Bella, które są naprawdę świetne. Używałam ich jeszcze przy połogu.
  • Ręczniki papierowe, miękki papier toaletowy.
  • 2 staniki do karmienia i wkładki laktacyjne.
  • Sztuce, talerzyki, kupki.
  • Telefon komórkowy i ładowarka.
  • Ubranie na wyjście, które może donieść na dany dzień np partner. My tak zrobiliśmy. Polecam przygotować je wcześniej. Najwygodniejsze są leginsy. 

To wszystko. 
Nie wolno jeść podczas porodu, więc nie bierzcie sobie jedzenia. Położne wymyślają różne formy zniwelowania bólu, więc nie bójcie się na zapas. Ja dostałam np piłkę do skakania, byłam długo pod prysznicem. Było tego trochę. Nie uniknięcie tego, więc spiąć pośladki i do dzieła mamuśki! Będzie dobrze, pamiętajcie, że każdy poród jest inny. Nie słuchajcie jak było u koleżanki, bo u Was może być zupełnie inaczej. Najważniejsze jest nastawienie, które Wam bardzo pomoże. Osoba towarzysząca to naprawdę coś wspaniałego. Ja nie chciałam na początku by K. był ze mną. Namówiła nas położna, której dziękuje cały czas. Jest to wspaniałe wsparcie. Ale opowiem Wam o tym innym razem. ;)

źródło zdjęć: google
0

czwartek, 23 marca 2017

Longstay Liquid Matte Lipstick


Cześć!

Przychodzę do Was dzisiaj z dość nietypowym jak na mnie postem, a mianowicie z małym przeglądem i recenzją pomadek Golden Rose. Jestem pewna, że je znacie, część z Was pewnie pokochała je od pierwszego wejrzenia (tudzież aplikacji ;)) i będziemy mogły podzielić się wrażeniami, bo szczerze mówiąc, nie do końca zgadzam się z większością opinii, które na ich temat miałam okazję czytać. Ale po kolei :)

Jak czytamy na stronie producenta:

Longplay Liquid Matte Lipstick to matowa pomadka w płynie gwarantująca perfekcyjne, pełne pokrycie ust matowym kolorem przez wiele godzin, bez uczucia przesuszenia i lepkości. 

Lekka formuła wzbogacona w witaminę E i olej z awokado sprawia, że usta stają się niezwykle nawilżone i gładkie. Elastyczny aplikator i kremowa konsystencja zapewniają wygodne rozprowadzenie produktu. 

Producent zaleca odczekać chwilę po aplikacji, aby uniknąć rozmazania, a jako najlepszy sposób demakijażu proponuje płyn dwufazowy.

źródło: goldenrose.pl
Zanim zmierzymy się więc z tym, co nam obiecują, powiem jeszcze, że mamy do wyboru 17 odcieni pomadki. Ja jestem w stanie opowiedzieć o sześciu. O, przepraszam, siedmiu.

Zacznę od pigmentacji. Nie znam osoby, która miałaby okazję korzystać z tych pomadek i powiedziałaby, że są źle napigmentowane. (poznam jakąś?) Ładnie pokrywa usta jedną warstwą koloru, choć zakładam, że większość z nas - a na pewno ja - daje drugą, by uzyskać lepszy efekt. Ale te dwie warstwy, choć mnie zawsze wydaje się, że mam na ustach dużo produktu, nie tworzą brzydkiej, złuszczającej się warstwy. A niestety muszę przyznać, że wiele pomadek, zwłaszcza dających ładny efekt z początku, nieestetycznie "schodzi mi" już po kilkunastu minutach. (miewam tak czasami, na przykład, przy tych pomadkach w kredce z GR) 

Czytałam dość sporo zarzutów odnośnie zapachu tych pomadek - od tego, że jest zbyt intensywny do tego, że mdlący i nieprzyjemny.  Mam dość mocno rozwinięty zmysł węchu i wiele produktów mi przeszkadza, ale akurat w przypadku tych Mattów zapach mi się podoba. Jest taki... hm, powiedziałabym, że olejkowy. Coś na kształt kremów czy odżywek zawierających mieszanki olejów. Nie trzymam opakowania zbyt blisko nosa, więc jest okej ;) 

Aplikacja, co do której też były zarzuty, dla jest w porządku. Nie miewam problemów z obrysowaniem kształtu, nic mi się nie zlewa, nie "wyjeżdża" nieestetycznie. A dodam, że konturówek nie używam, nigdy. 

Na koniec zostawiam to, co pewnie interesuje Was najbardziej, czyli trwałość. Jestem tym dziwnym typem kobiety, która nakładając makijaż rano oczekuje, że utrzyma się on do wieczora w postaci niewytartej. Noszę w torbie jedynie perfumy i pomadkę, a i tak rzadko zdarza mi się tej drugiej używać, bo... nie mam na to czasu i nie chce mi się o tym myśleć. Nie miewam złudzeń, że jakakolwiek pomadka czy szminka utrzyma się na moich ustach do wieczora, a nawet przez połowę dnia, a jako że nie "latam" do lustra, wszelkiego rodzaju kosmetyki mają "test wytrzymałości" kiedy mam tę wolną chwilę i to lustro gdzieś, przypadkiem, mijam. Moim zdaniem - jest okej. Chociaż bez szału i powiedziałabym, że to chyba zależy od koloru. Najlepiej utrzymuje mi się niewątpliwie 13. (kolor na zdjęciu powyżej), albo - może bardziej w ten sposób - jest na tyle podobna do mojego naturalnego koloru ust, że nie widzę jak się "zjada". Jem, piję (gorące i zimne napoje) i uważam, że nawet kiedy coś "schodzi" to w dość równomierny sposób. Oczywiście najszybciej od tej bardziej "wewnętrznej" strony, ale to tylko pomadka, nie makijaż permanentny. :) 

Podsumowując - jeśli nie miałyście jeszcze okazji kupić sobie tej pomadki, o której głośno jest wszędzie, to polecam jak najbardziej. Zarówno nudzaki jak i te intensywne kolory. 

Kto próbował? Co myślicie? :)

Zdjęcia, jeśli nie podpisano inaczej, są moją własnością.
0

niedziela, 19 marca 2017

Girlanda diy - dużo darmowych wzorów do pobrania.


Cześć Wszystkim!

Zatęskniłam za moją zabawą w programach graficznych i przygotowałam dziś dla córki girlandę na roczek. Stwierdziłam, że Wam też się może taka przydać, prawda? Więc stworzyłam kilka propozycji dla Was!
Szykować drukarki i bawimy się w diy!

Pierwsze co robimy to wybieramy wzór, który nas interesuje.
Stworzyłam dla Was 4 foldery na platformie google.



Pierwszy folder to owa Myszka Minnie i literki od a do z oraz napis roczek (inny kształt kokardy)
Link

Drugi folder to gotowe napisy.
I tak np możecie wydrukować sobie taki :
Link nr 2.

Trzeci folder jest z wszelakiego rodzaju wzorami, kolorami, chmurkami, gwiazdkami i paskami. Co tylko przyszło mi do głowy. I ten daje Wam pełne pole popisu, ponieważ niekoniecznie musicie tworzyć girlandę na urodziny. Do pokoju malucha idealna, prawda?


Link nr 3.

Natomiast 4 folder jest z szablonami do własnego tworzenia napisu. Czyli, jeżeli spodoba nam się jakiś wzór możemy w każdym tak naprawdę programie graficznym - nawet i paint sobie poradzi bez problemu, dodać literkę. Osoby, które mają problem z dodaniem takich literek mogą wydrukować dany wzór i własnoręcznie napisać literę - równie pięknie!

Link nr 4.



Instrukcja jest banalnie prosta!
i o to ona:

1. Wybieramy wzory, które nas interesują.
2. Zapisujemy go na swoim komputerze:
3. Jeżeli decydujemy się dodać literkę, wrzucamy nasze zdjęcie do programu graficznego i dodajemy ją.
4. Zapisujemy nasze wzory.
5. Znajdujemy nasze zdjęcia i wybieramy opcję drukuj.
6. Wybieramy opcję wydruku na całej stronie.
7. Wycinamy nasze wzory.
8. Doklejamy wstążkę / nitkę / dratwę na tylnej stronie wzoru.
9. GOTOWE!


Pochwalcie się koniecznie swoimi pracami. Może macie pomysły na jakieś wzory, które mogłabym dodać?
Pamiętajcie, że na blogu pojawił się również post z inspiracjami na roczek dla chłopca! - link
0

piątek, 10 marca 2017

Opowiedz mi tę historię... - czyli moja przygoda z audiobookami


Natknęłam się ostatnio na kilka opinii dotyczących aplikacji i serwisów umożliwiających czytanie książek w wersji elektronicznej. Mam nadzieję, że nie na wyrost pozwolę sobie z góry założyć, że znacie choć jeden (lub jedną), a pewnie i więcej z nich.

Tym razem jednak nie będę rozwodzić się nad wyższością (lub nie) książek papierowych nad elektronicznymi, a opowiem Wam o swojej przygodzie z aplikacją, która umożliwia nie tylko czytanie, ale również słuchanie książek - mianowicie o Storytel.

Dla tych, którzy nie wiedzą o czym mowa pozwolę sobie zacytować fragment z ich strony: 
Storytel to cyfrowa usługa abonamentowa, umożliwiająca streaming audiobooków na telefonach, tabletach i komputerach. Aby z niej skorzystać, należy zarejestrować się w serwisie Storytel i pobrać darmową aplikację (na platformy ios, Android i Windows Phone).

Mechanizm działania naszej usługi zbliżony jest do Spotify - użytkownik wnosi stała miesięczną opłatę i może słuchać audiobooków bez żadnych ograniczeń. Książki przesyłane są na jego urządzenia strumieniem w formacie mp3. Aby móc słuchać audiobooków będąc poza zasięgiem sieci, użytkownik może przechowywać książki w trybie offline.

Storytel dystrybuuje audiobooki wielu polskich i zagranicznych wydawców. Ich najnowsze audiobooki umieszczane są w naszym serwisie tak szybko, jak tylko to możliwe. 

Myślę od czego by zacząć... może od tego, że skuszona pozytywną opinią jednej z blogerek oraz darmową wersją próbną ostanowiłam spróbować. Zaledwie dzień wcześniej rozmawiałam z resztą ze znajomym o bezsensowności większości audycji radiowych, które powodują poczucie straty czasu spędzonego w samochodzie. (bo nawet wiadomości porządnych nie da się wysłuchać, o ile nie trafi się na ich główne wydania - bodajże o 7:00, 15:00 i 18:00. czyli biorąc pod uwagę drogę z/do pracy, są one za wcześnie/za późno) Mój znajomy słucha książek od dłuższego czasu. Godzina spędzona w aucie na słuchaniu sprawia, że jest o godzinę do przodu z literaturą, a nie nie-do-końca-śmiesznymi żartami spikerów. Czasem i więcej, bo kiedy coś szczególnie go zainteresuje, siedzi jeszcze w samochodzie pod domem ;) Jako że ja też spędzam w aucie tę minimum godzinę dziennie - mogłabym ten czas poświęcić na słuchanie - pomyślałam sobie i bach! trafiłam na recenzję Storytel w sieci, ściągnęłam, zaznajomiłam się mniej więcej o co chodzi i włączyłam pierwszą z książek...

I co było dalej? No, opowieść. Swoje pierwsze podejście do audiobooka miałam w liceum, przy okazji jakiejś lektury, której nie miałam pod ręką, a musiałam poznać jej treść na wczoraj. Skutecznie mnie ona uśpiła. Drugie podejście miałam do (o losie!) 50 twarzy Greya, czytanego przez Joannę Koroniewską. O ile jako aktorka może się sprawdzać, tak jako lektor (?) niekoniecznie. Generalnie chodzi mi o to, że czytamy - tak jak mówimy - każdy po swojemu. Inaczej akcentując, inaczej odczytując emocje bohaterów, o których jest mowa i inaczej... przeżywając dane fragmenty książek. A słuchanie (zwłaszcza beletrystyki) to swego rodzaju narzucanie nam "odczuwania" (i rozumienia) treści. Więc choćby najlepszą książkę lektor może popsuć. (albo naprawić, ale w tym doświadczenia nie mam)

Trafiłam na książkę, której tytułu nie zapamiętałam, czytaną dość beznamiętnym tonem i choć jej treść, kiedy myślę o niej teraz, może i była ciekawa... to nie skończyłam jej słuchać głównie przez to, że lektorka nijako nie zachęciła mnie do włączania tej aplikacji choćby przez tydzień. (a czas trwania tej powieści to 13 godz.) Dosłuchałam do mniej niż połowy i sięgnęłam po papierowe wydanie czegoś innego. Ależ tak! Miałam plan dosłuchać do końca! Ale subskrypcję anulowałam po kilkunastu dniach pewna, że nie będę płacić za możliwość słuchania czegoś, na czym na dobrą sprawę nawet nie potrafię się skupić. Przykro mi trochę, bo liczyłam na to, że wrócę do książek choćby w tej formie. (mam sześć pozycji na półce, które zaczęłam lub miałam zacząć... i tyle z tego, że "miałam")

Absolutnie jednak nie umniejszam za to aplikacji jako takiej - być może są jakieś jej zakątki, gdzie sprawa wygląda lepiej, ale ja do nich nie trafiłam i dość skutecznie zrezygnowałam ze zwiedzania po kilku niepowodzeniach.

O samej aplikacji jako takiej powiem tyle, że kluczem w opisie jest fragment mówiący o udostępnianiu użytkownikom szerokiej oferty audiobooków w języku polskim i angielskim oraz fakt, że jest to serwis zagraniczny. Nie znalazłam informacji o dacie rozpoczęcia działalności w naszym kraju, niemniej jednak podejrzewam, że jest to dość "świeży" temat, dlatego ilość polskich tytułów jest dość ograniczona. A tak szczerze mówiąc, to nie znalazłam prawie żadnej pozycji, której szukałam. I nie mówię tu nawet o nowościach. Pewnie, że możemy słuchać książek po angielsku, zachęcam do tego z resztą z całego serca, ale nie tego szukałam.

Podsumowując: serwisu nie polecam, ale odradzać też nie będę. Z całą jednak pewnością zapraszam Was na stronę internetową (klik), gdzie możecie samodzielnie wypróbować działanie aplikacji - 14 dniowa wersja próbna nic nie kosztuje, należy jedynie pamiętać o ewentualnym anulowaniu subskrypcji, jeżeli Wam się nie spodoba, gdyż zapisując się deklarujecie chęć subskrypcji, a nie "wypróbowania", aplikacja samoistnie nie wygaśnie, a pobierze środki z konta za okres kolejnego miesiąca. W końcu to, że mnie się nie podobało nie znaczy, że i Wam i nie będzie. :)

Wniosek mam z tego taki, że książka to książka - czy to w wersji papierowej, czy idąc z postępem czasu: elektroniczna - i należy ją jednak czytać. Odcinam się jednak od odpowiedzi na pytanie czy audiobooki można zaliczyć do czytania książek i pozostawiam je dla Was. Choć, gdybym miała się nie odcinać, powiedziałabym, że nie. Chętnie poczytam jakie jest Wasze zdanie. Próbowaliście tej formy "czytania"? :)

Źródło zdjęć: google
0
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.