piątek, 24 lutego 2017

Inspirację na urodziny małego dżentelmena.


Cześć mamuśki!
Jak Wasz tydzień? Ja mam dość. Nie dość, że jesteśmy w trakcie przeprowadzki co równa się z życiem na kartonach przez najbliższe dwa tygodnie co najmniej - wyobraźcie sobie to przy małym dziecku... To dodatkowo jesteśmy wszyscy chorzy. Malutka od wczoraj na antybiotyku, ja dziś straciłam głos a najstarszy, który zresztą przyniósł nam te choróbsko pisze testament - chory facet, nie pytajcie. Jakby brakowało mi zamieszania to codziennie przychodzą paczki z Ali, które przypominają mi o zbliżającym się roczku. Ciągle coś domawiam i cały czas uważam, że czegoś mi brakuje. Szukam inspiracji, ale jest ich naprawdę mało.. Dlatego postanowiłam dziś dać inspirację mamom małych chłopców. Może akurat wykorzystacie, któryś pomysł na święto Waszego malucha?
Ważne jest by obrać jeden konkretny motyw. My wybraliśmy Myszkę Minnie oraz trzy kolory : różowy, srebrny i biały. Trzymając się tych kolorów dobieram dodatki. Jak zobaczycie zaraz na zdjęciach, które znalazłam dla Waszej inspiracji połączenia 2-3 kolorów najlepiej się sprawdza. Pamiętajcie, że nawet przy małym budżecie można osiągnąć piękny efekt! A chłopiec to niekoniecznie niebieski. Chociaż ja się w nim zakochałam. ;)

















0

czwartek, 16 lutego 2017

Ciemniejsza strona Greya

Zacznijmy może od tego, że należę do wąskiego grona czytelników, na których Grey nie zrobił najmniejszego wrażenia. Może nawet nie tyle, że nie rozumiem fenomenu tej książki, co prawdę mówiąc po samym jej przeczytaniu - chyba nie byłam w stanie do końca zrozumieć jej treści. Może to brzmi wręcz absurdalnie biorąc pod uwagę to, co w owej treści zostało zawarte, niemniej jednak dopiero ekranizacja pozwoliła mi zrozumieć Christiana na tyle, by "coś" pchnęło mnie do sięgnięcia po druga część książki. Z tym, że mimo chęci i starań nie przebrnęłam przez nią ani za pierwszym, ani drugim podejściem. Wewnętrzna bogini Any jest najbardziej irytującym tworem literackim, z jakim do tej pory się spotkałam, który skutecznie mi to uniemożliwia.

Niemniej jednak - pierwsza część filmu, pewnie głównie dlatego, że nie oczekiwałem niczego, co zasługiwałoby choćby na miano "dobrego", naprawdę mi się podobała. Ostatecznie podsumowując wcześniejsze: abstrahując od erotycznych treści dostrzegłam w Greyu dramat i to samo dostałam, kiedy go sfilmowano. Tyle.

Idąc wczoraj do kina na część drugą, po dość pobieżnej i niedokończone lekturze książki (która moim zdaniem jest lepsza od swojej poprzedniczki), spodziewałam się czegoś podobnego. Żadnych Oscarów, ale jednak filmu, który przyciągnie moją uwagę i sprawi, że nie zmarnuje swojego czasu... Cóż, niestety, trochę się przeliczyłam. 

Prawda jest taka, że to nadal jest tylko Grey. Erotyk dla mamusiek, który otworzył drzwi wielu sypialni i z pewnością wielu osobom pozwolił obudzić w sobie skrywane pragnienia, nawet jeśli sceny z tej książek nie zostały odwzorowane w tych sypialniach co do najmniejszego szczegółu. O ile w pierwszej części jest mowa o specyficznym układzie głównych bohaterów i próbie zrozumienia swoich pragnień, tak w drugiej więcej jest jednak erotyka - waniliowego seksu, pozornej próby znalezienia kompromisów i... absolutnego okrojenia i dodatkowego spłycenia wątku psychiki Szarego, który jako jedyny w całej tej serii stanowi coś wartego skupienia uwagi. A spłycanie czegoś, co nigdy wzniosłe nie było jest poniekąd wbijaniem kija w mrowisko... Głośna burza, a po niej jeszcze głośniejsza nicość. 
Poza tym nie mogę wspomnieć o aktorach. Podobnie jak w pierwszej części wszyscy bohaterowie drugoplanowi są drugoplanowi tak bardzo, że na samym końcu miałam problem z odróżnieniu siostry Christiana od przyjaciółki Any, przy czym one nie tyle są podobne, co jest ich tak mało, że jako dwie blondynki... po prostu mi się pomyliły. Dwa - o ile Christian przekonał mnie do siebie sylwetką i sceną finałową z pierwszej części, tak z przykrością stwierdzam, że gra Jamiego Dornana w części drugiej jest tak beznamiętna, że bez względu na to czy jest zły, podniecony czy zadowolony, wygląda podobnie. Za wyjątkiem jedynie tego, że w tej części na jego twarzy częściej widać uśmiech. Cała reszta, gdyby nie było dźwięku, byłaby wielką sieczka. Poza dwiema dobrymi scenami (nie będę spojlerować. kto widział i wie o jakich mówię?). Ale dwie sceny na dwie godz filmu to trochę mało, Dornan. Twoja klata nie załatwia całej sprawy, sorry.

Za to Dakota Johnson w tej części pokazuje charakter, za co należy jej się plus. Przy czym scena (uwaga: mały spojlerek ;)) gdzie pani Robinson mówi jej, że nie wygląda na kobietę będąca w stanie komukolwiek się podporządkować budzi moje zwątpienie czy aby na pewno od Any bije ta pewność siebie... Widzę ją, to na pewno, ale nie jestem przekonana czy aż tak wyraźnie.

W jakiejś recenzji czytałam wczoraj, że to kiepski film z kilkoma scenami lekkiego porno, w którym postanowiono ukazać cos dla obu płci, dzięki czemu kobiety mogą napawać się widokiem nagich pleców Christiana, a mężczyźni - nóg, piersi i pośladków Any. Czy to jest soft porno? Nie wiem. Ani porno ani duszno. Kilka tygodni temu byłam w kinie na Wisłockiej (link do recenzji) i w takim wypadku musiałabym o tej produkcji powiedzieć to samo. A nie chce, bo tu kompletnie nie ma co porównywać. To chyba w ogóle grzech wspomnieć o tych filmach w kontekście jakiegoś porównania. Absolutnie nie będę go robić.

Rzecz w tym, że na pytanie jak było w kinie odpowiadam, że był niezły popcorn. A pytanie jak film pozostawię bez odpowiedzi, jedynie ze wzruszeniem ramion. Nie wiem. Oczekiwałem ekranizacji lepszej książki (biorąc pod uwagę tę część i poprzednią) na - co najmniej - równym poziomie z poprzednią, a tymczasem film jest okrojony, spłycony, nie najlepiej zagrany, a w dodatku dobre sceny jestem w stanie policzyć na palcach. Takich produkcji się nie zapamiętuje. Szkoda, bo tym razem miałam jednak jakąś nadzieję, że nie będzie źle. Niestety, dobrze też nie było.

0
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.