poniedziałek, 30 stycznia 2017

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej.


Są takie filmy i książki, o których chciałabym opowiedzieć Wam od razu. A z drugiej strony są i takie, do opowieści o których muszę porządnie zebrać myśli i wydaje mi się, że gdyby "zabrać się" za recenzję ich od razu po lekturze/seansie, opinia ich dotycząca byłaby zgoła inna niż ta po trzech dniach czy tygodniu. Tak jest, po prostu. I zakładam, że wszyscy tak mamy.

Do recenzji Sztuki kochania zbieram myśli od wczoraj, kiedy to wybrałam się do kina i jestem pewna, że gdybym zaczekała jeszcze kilka dni... połowa myśli, które chcę Wam przekazać wyleciałaby mi z głowy.

Jak już zapewne wiecie, film ten opowiada historię Michaliny Wisłockiej, polskiej seksuolog żyjącej w czasach PRL-u, która z całego serca pragnęła opowiedzieć historię miłości - nie tylko tej duchowej, ale i cielesnej. Miśka jest kobietą, której niejednokrotnie w późniejszym okresie jej działalności, zwłaszcza na etapie pierwszych prób wydania książki, robiono wyrzuty odnośnie życia prywatnego - przedwcześnie zakończonego małżeństwa, życia w trójkącie i bliźniaków, które tak naprawdę nimi nie były. Poznajemy ją w roku 1939, kiedy u boku swojej przyjaciółki Wandy, pierwszy raz spotyka Stacha - swojego późniejszego męża. Niemniej jednak, film opowiada historię jej życia na przestrzeni czterdziestu lat, przeskakując pomiędzy teraźniejszością - kiedy chce wydać swoją Sztukę kochania - a przeszłością - kiedy ta historia poniekąd się tworzy.


Mimo wszystkich przedpremierowych recenzji i przypuszczeń odnośnie realizacji tego materiału, to nie jest film o seksie. A przynajmniej nie na takim szczeblu, na jakim sama się tego spodziewałam. Tak naprawdę historia Michaliny Wisłockiej... jest historią Michaliny Wisłockiej. I tysięcy kobiet żyjących w Polsce w czasach PRL-u, przed nimi i po nich, także współcześnie, które mają ambicje, marzenia i chcą walczyć o swoje. Poznajemy Miśkę jako 18-latkę, przechodzimy z nią przez okres studiów, pracy doktoranckiej, chęci prowadzenia badań, na które uczelnia nie chciała dać pieniędzy, bo nie była mężczyzną, a także pierwszej miłości, stosunkowo trudnego macierzyństwa i poznawania swoich potrzeb, które niejednokrotnie nie szły w parze z potrzebami jej bliskich. Stąd też w relacji małżeńskiej Miśki i Stacha pojawiła się Wanda - mająca być tą, która uzupełni pewien niedobór w sferze małżeńskiej, wynikły z niechęci Wisłockiej do współżycia.

Czytając liczne artykuły dotyczące realizacji tego filmu z każdej strony natykałam się na jedno zdanie: Michalina Wisłocka była rewolucją seksualną Polaków, kiedy tak naprawdę przez połowę swojego życia, zupełnie nie lubiła seksu. Jak sama jednak powiedziała po premierze książki: niewidomy nie jest w stanie pisać o kolorach, a książka ta, podobnie jak film (o czym już wspomniałam) jest o miłości, dla małżeństw, dla ich ratowania.


Sadowska w wywiadzie dla Wysokich Obcasów powiedziała, że film ten wyłamał się z ram niskobudżetowego kina tworzonego przez kobiety na przestrzeni wielu lat, mając do dyspozycji 8 mln zamiast 3, które zazwyczaj "dostają" kobiety. I niewątpliwie ten budżet widać. Pozwolił on przede wszystkim stworzyć aurę ubiegłego stulecia czy to w postaci otoczenia bohaterów - urządzenia mieszkań, gabinetów lekarskich, pensjonatu - czy również ich samych. Piękne stroje, choć większość uwagi skupionej jest jednak na Michalinie, która nosi się dość ekstrawagancko - w czasach szarości i ludzi wyglądających jakby z fotografii robionych w sepii, ona jedna wyglądała kolorowo.

Nie sposób mi również przejść obojętnie obok odgrywającej główną rolę Magdaleny Boczarskiej. Niejednokrotnie wspomniałam Wam tutaj, że nie jestem fanką rodzimych produkcji filmowych (podobnie jak i książek pisanych przez rodzimych autorów), ale z biegiem czasu chyba zaczynam się do nich przekonywać. Niemniej jednak, skupiając uwagę na tym konkretnie filmie chce powiedzieć, że Boczarska zagrała rolę trudną. Trudną ze względu na przeskok w czasie - od 18-latki do 55-latki, przechodząc od okresu II wojny światowej do czasów PRL-u, które odegrały w tym filmie wielką rolę choćby ze względu na nierówne traktowanie kobiet i ich próbę walki o swoją pozycję.


Myślę, że to jest dobry film. Choć siedząc w kinie, kiedy powoli zapalały się w nim światła jedynym, co przyszło mi na myśl, co mnie wypełniło, był po prostu smutek. Ale może tak miało być?
Michalina jest wspaniałym bohaterem filmowym, to postać tragiczna, złamana, ale pełna komizmu i dystansu, walcząca. Wygrywa, ale do końca życia jest samotna z wyboru. Powiedzieć pełnokrwista, to za mało powiedzieć. I jeszcze świadomość, że ona nigdy nie przeżyłą wielu z tych rzeczy, które opisuje w "Sztuce kochania", np. tej czułości, stałości, miłości związanej z seksem. A dla niej duchowość była nierozłącznie z seksem związana. Chociaż ona próbowała to przez połowę swojego swojego dorosłego życia rozdzielić, kochała męża, ale unikała z nim seksu. Dlatego dzieliła go z przyjaciółką. *

Prawda jest taka, że Wisłocka stoczyła w życiu niejedną wojnę - od swojego nieudanego małżeństwa, niezgrania z mężem, dziwnego rodzaju przyjaźni z Wandą, z którą współdzieliła to małżeństwo, przez niespełnioną miłość do Kapitana i nieobecność w życiu dzieci (z wyboru, i nie z wyboru), aż do (jakkolwiek brutalnie to brzmi) bycia kobietą, co zamknęło jej wiele drzwi na ścieżce zawodowej. I choć ostatecznie książka, o którą walczyła - ona, i dziesiątki kobiet w Warszawie - została wydana w 1976 roku (a teraz premiera filmu zbiegła się z jej wznowieniem), to Michalina miała smutne życie. I taki jest ten film. Choć nie, absolutnie nie jest zły.

W bardzo wielu przypadkach po obejrzeniu filmu nakręconego na podstawie książki chciałam sięgnąć po pierwowzór. W tym przypadku jednego jestem pewna - "Sztuka kochania" Michaliny Wisłockiej nie jest książką, którą kiedykolwiek chciałabym przeczytać.

Podsumowując: To naprawdę dobry, poruszający film. Pokazuje walkę, jaką człowiek musi stoczyć, by osiągnąć to czego pragnie. Michalina chciała nieść pomoc, uświadamiać, a wiązano jej usta, krępowano dalszy rozwój, bo była kobietą, miała mniejsze możliwości i nie chciano jej wysłuchać. I ten fragment (w filmie) "cały rząd to czyta, oczywiście pod stołem". To jest naprawdę poruszający film. I dobry. Tyle, że... smutny, mimo wszystko.

* Maria Sadowska w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów Extra"
0

sobota, 28 stycznia 2017

Sakrament Chrztu Świętego - co warto wiedzieć.

Jak zaplanować sakrament Chrztu Świętego?

Nie każdy z nas zdecyduje się ochrzcić swoje dziecko i ja to rozumiem. My się zdecydowaliśmy. Żadne z nas nie uważało tego za przymus tylko naszą dobrą wole. Chcemy by nasza córka wychowywała się w wierze katolickiej - takiej jak i my.
Gdy malutka miała miesiąc zaczęłam organizować całe przedsięwzięcie. Przyznam szczerze, że nie znalazłam żadnego poradnika, ani nic w tym stylu. Może wydawać się śmieszne szukanie poradnika do tego typu uroczystości, ale będąc młodą zabieganą mamą, która ma zebrać dwie rodziny do kupy i przy okazji nie zwariować nie jest to wcale takie proste jak może się wydawać. W szczególności, gdy to pierwsza tego typu impreza organizowana w całości przez nas.

Od czego zacząć? Od rozmowy rodziców na temat wyboru rodziców chrzestnych. Jest to wybór na całe życie maleństwa. Osób, które wybierzecie musicie być pewni na sto procent. Mi zawsze tłumaczone było, że rodzice chrzestni są po to by zastąpili nam rodziców, gdy odejdą nasi rodzice. Między innymi i tym kryterium się kierowaliśmy przy ich wyborze.
My byliśmy pewni Matki Chrzestnej dla Karoliny od samego początku. Po rozmowach wybraliśmy również Ojca Chrzestnego, który się świetnie sprawdza.
Gdy ich wybierzecie musicie ich zapytać czy zdecydują się nimi zostać. Nasi wiedzieli zanim malutka przyszła na świat, że nimi zostaną.

Co następne? Decyzja, kiedy najważniejszy sakrament ma się odbyć. Większość dzieci przechodzi pierwszy sakrament już w pierwszym miesiącu życia. Gdy wybierzecie mniej więcej kiedy ma się odbyć sakrament udajecie się do proboszcza w celu ustalenia daty. Nad wyborem kościoła też się zastanówcie dobrze. Nie musi to być kościół do którego należycie - my właśnie tak wybraliśmy. Idąc prosić o sakrament Chrztu Świętego warto przygotować się na tak zwane `Bóg zapłać z cennikiem`. My mieliśmy przygotowaną kopertę. Mimo, że ksiądz od nas jej nie chciał.

Kolejna decyzja to, gdzie odbędzie się poczęstunek dla gości. My zdecydowaliśmy się na restaurację, którą polecało nam kilku znajomych. Byliśmy w 5 restauracjach, gdzie ceny naprawdę się różniły - od 25 zł za talerzyk do 80 zł. Wszystko zależy ile dań, jakie to dania, czy pojawi się alkohol i co tak naprawdę nam się zamarzy.
Ja uważałam od samego początku, że najważniejszy w tym dniu jest sakrament, a nie impreza dla gości. Nie zgodziłam się na alkohol i wybrałam opcję podstawowego poczęstunku (zupa, II danie).
Jeżeli decydujecie się na poczęstunek w domu, macie wycieczki po restauracjach z głowy. Planujecie w domu co chcecie podać. Upewnijcie się czy starczy Wam zastawy stołowej oraz miejsca by pomieścić wszystkich gości.
Należy również zamówić tort oraz ciasta.

Jeżeli chcecie mieć pamiątkę w postaci zdjęć to też idealny moment, by zamówić fotografa.

Najlepiej dać co najmniej miesiąc szybciej zaproszenia gościom, by się mogli spokojnie przygotować. Zaznaczcie tam koniecznie dzień do którego chcecie by potwierdzili swoją obecność.


Co należy zakupić?
Tu już zależy od tradycji jaka u Was panuję i tego czego ustalicie z rodzicami chrzestnymi. Najbardziej znana tradycja to ta, że matka chrzestna kupuje ubranko do chrztu i ubiera maleństwo. Ojciec chrzestny natomiast kupuje świece.
My zakupiliśmy szatkę oraz świecę sami, ponieważ znalazłam piękne z modlitwą oraz datą i imieniem córki.
Strój był w połowie kupiony w połowie podarowany. Trochę nam ta tradycja nie wyszła pod tym względem.
Warto również zakupić podarunki dla gości. My po posiłku podarowaliśmy ciasto, a gdy dostaliśmy zdjęcia z sesji dołączyliśmy je.
Ubrania dla rodziców. I tu uzbrójcie się w cierpliwość, ponieważ jest to bardzo męczące.


Napisałam Wam takie małe kompendium wiedzy, które zapamiętałam z naszego sakramentu. Pamiętajcie, że w tym dniu najważniejszy jest sakrament Chrztu Świętego naszego małego aniołka. Sporo rzeczy może nie wyjść tak jakbyśmy tego oczekiwali, ale nie to jest ważne. Cieszmy się tym wyjątkowym dniem.

0

piątek, 20 stycznia 2017

Tattoo Konwent + co warto wiedzieć o tatuażu

Jestem miłośniczką tatuaży wszelakich. Niemniej odnoszę wrażenie, że mimo poszerzania świadomości społeczeństwa i pozornej jego otwartości, te stereotypy dotyczące ozdób na ciele wciąż są aktualne. Pamiętam jak lata temu mówiło się, że wytatuowani są kryminaliści. Później był bum na ozdoby u kobiet, typu motylki na łopatce czy węże na kostce, później tribale na kości ogonowej (u młodych) i chyba wtedy zauważyłam, że tak naprawdę wytatuowanych jest więcej i nie wszyscy po kryminale. Nie wiem czy myślałam tak wcześniej, ale w umyśle dziecka wyrabiają się przekonanie zgodne z tymi, które głosi otoczenie. Chociaż moi rodzice są ludźmi raczej otwartymi. (raczej, bo o tym będzie dalej) I chyba obojgu im przeszedł pomysł czegoś na ramieniu czy kostce, ale - pewnie trochę ze strachu - bez większego echa i pozostał niezrealizowany.

Zanim jeszcze na dobre zacznę chciałabym zaznaczyć jedynie, że "jestem miłośniczką tatuażu" odnosi się do tych prac, które przedstawiają coś konkretnego i są dobrze wykonane. Mam swoje gusta i przekonania z pokrywaniem ciała tuszem związane, niemniej to co mi się podoba na ogół nie jest tym, co sama chciałabym nosić. Ale to już inna kwestia.

Artyści pojawiający się na konwencie tworzą w trakcie wydarzenia setki wzorów, traktując ludzkie ciało jak płótno, na którym powstają arcydzieła wykonywane z ogromną precyzją, w swoim realizmie przypominające nieraz prawdziwe fotografie – mówiła Matylda Jellinek, z biura prasowego Łódź Tattoo Konwent w rozmowie z Onetem. * 

Pod koniec listopada ubiegłego roku wybrałam się na Łódź Tattoo Konwent. Z dwóch powodów - po pierwsze: z miłości do piękna przedstawionego na skórze, po drugie: z ciekawości jak to wydarzenie wygląda.

Tattoo Konwent to cykl wydarzeń związanych ze sztuką tatuażu i kulturą alternatywną, który od ośmiu lat odbywa się w największych polskich miastach. Jego pierwsza edycja miała miejsce w Gdańsku, potem do grona miast dołączały kolejno: Wrocław, Katowice, Poznań i Łódź. Organizatorzy zapewniają, że chociaż początkowo konwencja przyciągała głównie ludzi związanych z branżą oraz osoby mające już tatuaże, to dziś cieszy się ogromną popularnością również wśród szerokiej publiczności. *

Nie wiem czy jestem dobrą osobą do relacjonowania wydarzeń, ale nie lubię tego robić, więc nie będę próbować. Wspominam o tym konwencie, który w pierwotnej wersji miał być tematem przewodnim, bo - jak możecie przeczytać u góry - miało to być "wydarzenie warte uwagi nie tylko dla wytatuowanych i tych, którzy chcą swoją przygodę z tatuażem zacząć". Zanim się tam wybrałam chciałam wierzyć, że to również całkiem dobry event dla tych, którzy przekonani nie są, a zwyczajnie ciekawi. Bo o tatuażach się mówi, próba walki ze stereotypami wychodzi raczej kiepsko w ogólnej ocenie i wydaje mi się, że tego typu imprezy powinny być przede wszystkim nastawione na poszerzanie świadomości, a nie nagradzanie prac tatuażystów. A chyba nie były. Z różnych względów nie spędziłam tam tyle czasu ile planowałam pierwotnie, ale ustalmy, że moje oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością już na wejściu.

Bo w ogóle: zauważyliście kiedyś, że ludzie otwarci są do pewnego momentu? Pamiętam jeszcze ze szkoły historię nauczycielki od angielskiego o tolerancji działającej w jedną stronę. Opowiadała o wakacjach za granicą i całonocnych imprezach ludzi z pokoju obok i ich pretensjach o brak zrozumienia dla nocnego trybu życia (którym nie pozwalali im odpocząć przez tydzień), ale nie potrafili dostrzec, że sami też widocznie mają z tym problem.

Miałam chyba trzynaście lat, kiedy pierwszy raz próbowałam przekonać mamę, że kiedyś zrobię sobie tatuaż. Bogu dzięki, że dzieci do studia nie wpuszczają, kazała mi się zamknąć co najmniej do szesnastego roku życia. Więc potulnie siedziałam w ciszy czekając na szesnaste, siedemnaste, osiemnaste urodziny... Dzień przed wróciłam ze szkoły z napisem na plecach, nad którym moja Rodzicielka niemalże się przeżegnała. Niby ładny, ale, dziecko, po co? Nie zapytała czy to przemyślałam i do dziś nie pyta co to dla mnie znaczy. Mam pełną świadomość tego, że nie jest idealny, że mogłam iść gdzie indziej i tatuażystę odradzam wszystkim, którzy w moim otoczeniu zaczynają jego temat. Ale gdybym miała tę decyzję podjąć jeszcze raz, byłaby taka sama.

Pamiętam jak przed przystąpieniem do pracy oglądałam igłę sprawdzając, czy opakowanie jest zamknięte, jak z ciekawością rozglądałam się po tym niewielkim, ale ładnym i sterylnym pomieszczeniu i pamiętam jak powiedział mi, że to uzależnia i rzadko kończy się na jednym. Później śmiałam się z koleżanką, że gdyby co roku na urodziny tatuować jedno zdanie, pod koniec życia czytano by mnie jak książkę. Nie sprawdzam tego jednak ;)

Pierwsze pytanie jest zawsze "co to znaczy", drugie, też zawsze, brzmi: czy bolało? Ustalmy jedną rzecz - tatuaż to pewna ingerencja w nasze ciało, wstrzykiwanie pod skórę czegoś, na co nie ma miejsca. Śmieję się słysząc, że to uczucie podobne do pobrania krwi, bo przecież igła to igła. Losie! Oczywiście, że to nie ma ze sobą nic wspólnego. Skalę odczuwania bólu każdy ma swoją, ja stosunkowo wysoką do tego typu rzeczy, ale - przede wszystkim - tu nie chodzi o ból, ale endorfiny, które się wtedy wydzielają. I skala tych "motylków", ich skrzydeł trzepoczących gdzieś w brzuchu, jest większa niż opuchlizna i szok, kiedy po chwili przerwy maszynka znów wchodzi pod skórę. Mnie bolały poprawki, bo ona już była opuchnięta.

Tatuaż mam na karku, na co dzień go nie widzę, trochę za nim tęsknię. Za tym, żeby najzwyczajniej móc na niego patrzeć. Może tu głupio brzmi, może jestem głupia ;)

Wybrałam się na Łódź Tattoo Konwent z jeszcze innego powodu: szukając inspiracji. Mam internet, dostęp do miliona zdjęć i wzorów, które są tak piękne, że warto byłoby je powielać. Chociaż dobry tatuażysta nie korzysta z gotowych, chyba że wykonanych przez klienta. Ale ja mam swoje pomysły i rzeczy, z którymi zdążyłam się już przespać. Są tysiące ludzi na świecie, którym pomysł uderza do głowy kiedy przechodzą obok studia, jest wolne miejsce, więc działają. Ja nie jestem jednym z nich.





 # 1. TO DECYZJA NA CAŁE ŻYCIE
Dlatego też musi być przemyślana. Motylki z okazji pierwszego dnia wiosny, kiedy przechodzi się obok studia i akurat trafił się wolny termin może i są ładne, ale warto się zastanowić, czy za trzy tygodnie, miesiące czy lata nie zaczniemy tego żałować. A niestety popularne wzory mają to do siebie, że w pierwszej kolejności jest ekscytacja, a za chwilę... o boże, co ja zrobiłam

Teoretycznie można to usunąć albo zakryć. Uświadommy sobie jednak, że usuwanie tatuażu boli dużo bardziej niż jego zrobienie, trwa dłużej, jest bardziej kosztowne i tak jak zrobienie go zostaje do końca życia - usunięcie go nie daje tak spektakularnych efektów. Laser rozbija cząsteczki tuszu pod skórą, ale on nie wyparuje. Blizna zostanie i atrakcyjna nie będzie. A szukanie kolejnego nie mającego najmniejszego znaczenia wzoru tylko po to, żeby zakryć ten pierwszy może się okazać kolejną pomyłkę. A zaryć jedno, które miało zakryć drugie... cóż, będzie jeszcze trudniej. Poza tym można się w tym zapętlić.

# 2. W TYM JEDNYM PRZYPADKU
STRACH PRZED DZIAŁANIEM MOŻE WYKLUCZAĆ Z GRY

A przynajmniej - powinien, tak myślę. Jeśli nie jesteś pewien wzoru, tego czy Ci się nie znudzi, czy będzie dobrze wyglądał, czy nie skreśli Ci pewnych możliwości zawodowych lub tatuażysty, który miałby ten tatuaż wykonać - zrezygnuj. Musisz być pewien.

# 3. WARTO POCZEKAĆ

Zarówno ze wzorem, co do którego naprawdę proponuję się upewnić i nie szukać tatuatora, do którego można iść z ulicy pod wpływem impulsu jak i na tatuażystę, którego prace naprawdę nam się podobają.

# 4. SZUKAJ DOBREJ RĘKI

Czyli oglądaj tyle portfolio tatuażystów ile jesteś w stanie. Czasem jest tak, że ktoś odnajduje się w rysunkach z komiksów i zrobi najlepszą na świecie Małą Mi czy Kaczora Donalda, ale najprawdopodobniej nie będzie w stanie wytatuować Ci na ramieniu buzi Twojego dziecka. I odwrotnie. Druga rzecz jest taka, że modne są ostatnio geometryczne wzory - okej, są ładne i można z nich stworzyć cuda, ale ktoś kto się w tym odnajduje może mieć problem z "lekką linią" i jeśli jego portfolio skupia się na tych pierwszych, proś o wzory drugich. I jeszcze jedno - jeśli, tak jak ja, wolisz napisy, szukaj kogoś, kto ma dużo zdjęć tego typu prac. Moja koleżanka twierdzi, że wytatuowanie odbitych liter to nic trudnego, ale ja Ci powiem, że wytatuowanie ich prosto to sztuka nie mniejsza niż drobne i finezyjne kształty tworzące większe wzory.


Nie jestem lekkoduchem. Na ogół twardo stąpam po ziemi, rzadko miewam głowę w chmurach i spontany dopuszczam bardziej w formie "jadę w piątek na Mazury" niż "szykuj się, jedziemy na imprezę". Taki typ, bywa. Czasem mam wrażenie, że mimo niektórych zachowań, jestem emocjonalnie starsza o dwadzieścia lat niż wskazuje na to moja metryka. Wcale nie jest mi z tym źle, nie w tym rzecz. Raczej w tym, że nie trzeba być kryminalistą. Prezesi największych firm na świecie po zdjęciu koszuli mają wytatuowane ciała. Miałam takiego szefa. W godzinach pracy zawsze w marynarce, po pracy podwijał rękawy koszuli, spod której wystawało pełno pięknych (i mniej pięknych) wzorów.

Możecie sobie myśleć, że tego typu tekstów krążą po sieci dziesiątki (albo i więcej), sama znam ich wiele, ale to nie znaczy, że nie warto o tym mówić, bo... wrócę do początku, stereotypy dotyczące ozdób na ciele wciąż są aktualne, a do tego wydaje mi się, że każdy zainteresowany tatuaże w pewnym momencie stawia te same lub podobne pytania. 

A Wy? Macie? Chcecie? Lubicie? :)

* link do rozmowy: klik
źródło zdjęć: google 
0

sobota, 14 stycznia 2017

Stylizacje studniówkowe.

Cześć przyszli maturzyści!
Sezon studniówkowy ruszył pełną parą, więc i ja postanowiłam dać kilka propozycji kreacji na tą wyjątkową noc. Pamiętajcie, że nie jestem żadną wyrocznią mody - to jedynie moje pomysły, którymi Wy możecie się zainspirować.

Dziś wyjątkowo zaczniemy od panów, bo i dla nich powstały trzy propozycję.



Druga propozycja to niezastąpiona czerń. Czarny można łączyć z każdym kolorem i chyba za to ją najbardziej kochamy. Długa wersja dla odważniejszych pań, natomiast krótsza - najwygodniejsza na całonocne szaleństwo. 




Trzecia propozycja to biel. W kwiaty to moja zdecydowana faworytka. 



Kolejna propozycja to odcienie różu. Rozkloszowana jest wspaniała! 

A co powiecie na odcienie granatu?





0

środa, 11 stycznia 2017

Magdalena Niedzwedz - Świat według Amelki

Już ostatnim razem, przy okazji postu z recenzją Polskich Rymowanek wspomniałam o tym jak ważny jest odpowiedni dobór książek, które wstawiamy do biblioteczki naszych maluchów. Głównie dlatego, że niektóre z nich wcale nie nadają się dla dzieci.


Kolejny raz sięgnęłam po książkę z gatunku literatury dziecięcej. I kolejny raz - co mnie samą zaskakuje - po książkę rodzimego autora.
Kiedy ludzie myślą o porodzie, zastanawiają się tylko nad tym, czy kobietę bardzo bolało i czy długo się męczyła – a czy ktokolwiek bierze pod uwagę uczucia dzieci? Nie wydaje mi się. A muszę Wam powiedzieć, że jest to dla nas (z pewnością mówię w imieniu wszystkich bobasów) wielka sprawa.

Urzekł mnie już pierwszy fragment z opisu. Coś w tym jest, musicie przyznać, że zazwyczaj mówi się o mamie. Słyszałam kiedyś pewną teorię, że dziecko zapytane w początkowym etapie życia (bodajże do 22 miesiąca?) jest w stanie opowiedzieć co czuło jeszcze w brzuchu. Ile w tym prawdy to nie wiem, ale ciężko od tak małego dziecka wyciągnąć cokolwiek. Wiele maluchów jeszcze w tym "wieku" nie mówi. W każdym razie, chciałam poznać ten Świat według Amelki i zobaczyć, czy ona coś zapamiętała.

Niemniej jednak, wyobrażałam sobie tę książkę inaczej. Patrząc na okładkę myślałam, że zbudowana jest na zasadzie większości książek dla maluchów - więcej mówią obrazki niż słowa. Tymczasem nic bardziej mylnego, obrazków w środku nie znajdziemy. Poważnie! Ani jednego!

Amelkę poznajemy w momencie pierwszych skurczy porodowych, przechodzimy z nią całą akcję związaną z opuszczeniem dotychczasowego lokum. Później są pierwsze badania, pierwszy posiłek poza brzuszkiem, poznawanie rodziców i zapamiętywanie głosów, ciepła ich ciała... i "rozmowa" z nowo narodzoną dziewczynką z łóżeczka obok. Swoją drogą, zawsze mnie zastanawiało czy dzieci naprawdę są w stanie porozumiewać się w ten sposób ;-) Może jestem naiwna.

Amelka rośnie. Jak to dzieci, w zastraszającym tempie. Pierwsze strony to opowieść o porodzie, w połowie książki Amelka chodzi, uczy się mówić, poznaje swojego brata, a na końcu ma za sobą rok w przedszkolu. A to zaledwie 100 stron! I zapowiedź kolejnych opowieści, po które chętnie sięgnę, choć miałam wrażenie, że zdecydowanie można by rozciągnąć niektóre wątki zawarte w tej pierwszej części. (bo zakładam, że są/będą kolejne?)

Spędziłam z tą lekturą miłe popołudnie - powiedziałabym, gdyby była dłuższa. W rzeczywistości spędziłam z Amelką około godziny, kręcąc z niedowierzaniem głową i uśmiechając się na zmianę.

Do rzeczy, co w rzeczywistości o niej myślę? Przede wszystkim, co dość szybko mi się nasunęło, to nie jest książka dla dzieci. A na pewno nie dla tych w wieku głównej bohaterki, czyli 0-4 latka. Nie sądzę, żeby dzieci w tym wieku posługiwały się językiem jaki się tu wkrada. Osobiście nie znam tak małych dzieci mówiących o "skomplikowanym skonstruowaniu świata", "sensie egzystencji" (malucha), "solidarności jajników" czy tym, że na facetów nigdy nie można liczyć (powiedziała mając rok) czy tym, że "lajf is brutal i trzeba do tego przywyknąć". Dosłownie. W tych 100 stronach zawarta jest duża doza humoru, co jest całkiem przyjemne w odbiorze, ale dla dorosłego czytelnika. Dziecko, zwłaszcza małe (a z myślą o takim przecież zabrałam się za tę książkę), po prostu jej nie zrozumie. I szczerze mówiąc (biorąc pod uwagę te dwa ostatnie, o których wspomniałam) - to nawet lepiej.

Amelka jest sympatyczną dziewczynką, która pozwala zrozumieć rodzicom co czuje dziecko w pewnych momentach - jak na przykład nieobecność rodziców, tłum ludzi dokoła czy pojawienie się rodzeństwa. Zawiodła mnie postawa rodziców, którzy zostali w tej książce przedstawieni jako kochani (co mówiły o nich dzieci), ale jednocześnie tacy, którzy z własnym dzieckiem nie rozmawiają. Rozumiem, że Amelka miała zaledwie rok, kiedy mama zaszła w ciążę, ale nie powiedzieć jej NIC o tym, że zostanie starszą siostrą... w jakiś sposób mnie samą ubodło. Przypadkiem usłyszała słowo "ciąża" w rozmowie mamy z koleżankami, a co znaczy przypadkowo zasłyszane "rodzeństwo" pytała wyżej wspomnianą koleżankę z sali poporodowej w piaskownicy. (dalej porozumiewając się bez słów)

- Amelciu, to twój braciszek, Tymuś.
O nie. Tylko nie to, przecież nie było mnie zaledwie dwa dni. No to już po ptakach. Co prawda zostało jeszcze przypadkowe wyrzucenie przez okno, ale nie byłoby to chyba zbyt humanitarne.  Postanowiłam więc  podejść do łóżeczka i przyjrzeć się z bliska mojemu wrogowi. Kiedy go zobaczyłam, coś jakby się zmieniło. Nagle przestałam się martwić, że będzie w nocy płakał - przecież to nie ja będę do niego wstawać. *

Znacie dwulatki wyrażające się w ten sposób?

Podsumowując, żeby nie przedłużać - dobra dla rodziców, dla lepszego uświadomienia sobie, że dzieci słyszą, czują i rozumieją często więcej niż nam (dorosłym) się wydaje. Niemniej jednak, nie czytałabym tego dziecku. Głównie też dlatego, że to książka "na raz" - krótka, dość ciekawa, z humorem, szybko się czyta. Ale gdybym odłożyła ją w połowie (wyciągnięta spod koca choćby na potrzeby zrobienia herbaty) to powrót po dłuższym czasie byłby bez sensu, bo choć podzielona jest na rozdziały to tworzą one spójną całość. Jak bardzo mocne streszczenie wspomnień z dzieciństwa na popołudniową rozmowę z kimś bliskim.

Jeśli będą kolejne części to chętnie je poznam.

* fragment książki
0

sobota, 7 stycznia 2017

Odbudowa mostków dwusiarczkowych z Joanną - Ultraplex



Ultraplex – innowacyjna odbudowa mostków dwusiarczkowych włosów
w domowym wydaniu

Moja przygoda z zabiegami –plex zaczęła się rok temu, kiedy widząc efekty Olaplexu na włosach koleżanki zapisałam się do polecanego przez nią fryzjera, zapłaciłam sto pięćdziesiąt złotych za spędzenie kilku godzin na fryzjerskim fotelu i wyszłam z włosami nadającymi się jedynie do umycia. Były sypkie i gładkie, ale bardzo ciężkie od ilości ciążących na nich kosmetyków i przy kolejnej wizycie u fryzjera (innego już) dowiedziałam się, że zabieg prawdopodobnie został wykonany źle, a poza tym Olaplex jest bardziej sławny niż dobry. Wtedy byłam pewna, że nie chcę tego powtarzać. 
W połowie ubiegłego roku zainteresowałam się zestawem do domowego użytku rodzimej marki Joanna, dostępnym w drogeriach za cenę dziesięciokrotnie niższą od wyżej wspomnianego Olaplexu. Podobnie jak w pierwszym przypadku w zestawie są trzy produkty przeznaczone do stopniowej regeneracji naszych włosów.

Dla zobrazowania, moje włosy:
- były farbowane przez 11 lat na czarno lub ciemny brąz,
- chcąc zejść z koloru używałam jaśniejszych farb, które wyglądały nieestetycznie, więc wracałam do punktu wyjścia,
- po nieudanej próbie rozjaśniania na własną rękę przeszły zabieg dekoloryzacji w marcu 2015 roku,
- ostatnie farbowanie (pierwsze od czasu dekoloryzacji) miało miejsce w listopadzie 2015 na kolor zbliżony do naturalnego, chciałam „wyrównać” powstałe na nich prześwity. 


ZESTAW

Ultraplex nr 1 Aktywator – po połączeniu z dowolnym produktem koloryzującym bądź rozjaśniającym odbudowuje mostki dwusiarczkowe wewnątrz włosa. Wynikając w ich włókna, intensywnie wzmacnia wiązania strukturalne oraz ogranicza łamanie się włosów.


Ultraplex nr 2 Stabilizator – naniesiony na włosy utrzymuje i wzmacnia mostki dwusiarczkowe znajdujące się w ich strukturze. Dodatkowo zamyka łuski na powierzchni włosów, zapewniając im długotrwałą wytrzymałość, sprężystość i połysk.

Ultraplex nr 3Regenerator – to serum odżywcze, które pozwala na utrzymanie znacznie lepszej kondycji włosów. Chroni je przed uszkodzeniami mechanicznymi. Należy go użyć tuż przed pierwszym myciem, po zabiegu regeneracji włosów.

ZASTOSOWANIE

- zgodnie z zaleceniami producenta (przedstawione wyżej, zgodnie z ulotką dołączoną do opakowania) produkt ten przeznaczony jest do stosowania podczas zabiegów koloryzacji lub rozjaśniania

  1. Ultraplex nr 1 dodajemy do mieszanki koloryzującej i utleniacza w proporcji 2 g produktu na 12,5 g proszku rozjaśniającego.
  2. Ultraplex nr 2 nakładamy na włosy od nasady aż po końce na 10 minut, po czym dokładnie spłukujemy.
  3. Następnie myjemy włosy Ultraplexem nr 4 – szamponem
  4. Nakładamy odżywkę (Ultraplex nr 5) 2 cm od nasady, zostawiamy na 10 minut lub dłużej pod czepkiem i ręcznikiem
  5. Przed kolejnym myciem włosów na minimum 10 minut nakładamy znajdujący się w naszym zestawie „startowym” Ultraplex nr 3
- bez farbowania włosów
Nie będę powielać całego procesu, bo różni się to nieznacznie: w punkcie 1 – Aktywator (nr 1) mieszamy z 25 g wody i pozostawiamy na 20 minut, następnie nie spłukując go z włosów nakładamy Stabilizator (nr 2).
 
Kupiłam ten zestaw stosunkowo długo przed jego użyciem z myślą o lekkim przyciemnieniu koloru moich włosów. Ostatecznie ten pomysł stosunkowo szybko wyleciał mi z głowy kiedy popatrzyłam na to jak bardzo poprawiła się ich kondycja i – nie będę kłamać – po licznych komplementach jej dotyczących. Zastosowałam więc Ultraplex w opcji drugiej, z dodatkiem wody. 


 APLIKACJA + PIERWSZE WRAŻENIE

O ile pierwsze było dobre – dobra cena, schludne, dość profesjonalne opakowanie, tak drugie trochę mniej. Czytałam o tym zabiegu wcześniej, ale pierwsze opinie w sieci (na takie się natknęłam) mówiły o trzech, nie pięciu krokach. Mylące jest też to, że dopiero na zawartej w środku opakowania ulotce czytam, że muszę dokupić jeszcze dwa inne produkty, tak więc „zestaw” w rzeczywistości jest połową zestawu.

Po dodaniu Aktywatora do 25 g wody zastanawiałam się co mam z tym zrobić, bo… to dalej było tylko 25 g wody. Obawiałam się więc, że produktu jest zdecydowanie za mało, by mógł zadziałać na moje (gęste jednak) włosy. Zwinęłam na głowie turban, bo 25 minutach odwinęłam, by nałożyć krok 2 i poczułam, że włosy są wygładzone. Efekt jak po nałożeniu odżywki – jeszcze przed jej spłukaniem.

Być może to mój błąd, jednak nie zaopatrzyłam się w nr 4 i 5 (o tym niżej), do spłukania produktów użyłam więc szamponu Babydream o łagodnym składzie, bez SLS-ów i odżywki, której używam na co dzień. (w tamtym momencie: Timotei Drogocenne Olejki)

Włosy wyschły naturalnie, jak to bywa zazwyczaj. Były miękkie, lekkie i sprężyste.

Zgodnie z zaleceniami przed następnym myciem zastosowałam Ultraplex nr 3 – mający na celu utrzymanie efektów.

EFEKT PO KILKU TYGODNIACH
(KILKUNASTU MYCIACH)

O ile po pierwszych dwóch-trzech myciach ten efekt nawilżenia utrzymywał się na włosach, tak później zniknął. 

Warto tutaj wspomnieć, że żaden z dostępnych na rynku zabiegów -plex nie jest na tyle trwały, by można zastosować raz i cieszyć się efektami przez kilka miesięcy. Nawet ten profesjonalny zabieg Olaplexu zaleca się powtarzać co kilka tygodni. 

Zabieg Joanny, w mojej ocenie, nie różni się specjalnie od zastosowania dobrej maski nawilżającej. Włosy są ładne, lekkie, gładkie... A później cały proces należałoby powtórzyć. Być może przy dalszej pielęgnacji zalecanymi produktami z tej samej serii efekt utrzymałby się dłużej, ale ja znalazłam swoje kosmetyki i nie chcę ich już zmieniać, poza tym... w pierwszej kolejności chciałam dokupić krok 4 i 5, by zastosować szampon i odżywkę przy następnym myciu (przed dokończeniem zabiegu). Ale nie kupiłam i nie sądzę, bym naprawdę dużo straciła.

Wspomnę jeszcze, że mimo wszystko - całej różnicy w cenie i "profesjonalizmie" tych dwóch zabiegów - Olaplex dał na moim włosach identyczny efekt.

Tak więc, jeśli chcecie spróbować - myślę, że za tę cenę można. Chociaż szału nie ma.


Próbowałyście któregoś z tych zabiegów? Jak się u Was sprawdziły? 
 

0

wtorek, 3 stycznia 2017

Szał zakupów - czyli dziecięce zdobycze na Aliekspress.

Witaj 2017! Wszystkiego najlepszego co może przynieś Wam ten rok życzą dziewczyny z Lollala! Spełnijcie wszystkie swoje marzenia. ;)


Dziś pokaże Wam moje trzy zdobycze z Aliekspress.
Miesiąc temu zaczęłam przygodę z tym oto portalem. Słyszałam dużo o Ali, ale nigdy nie próbowałam ani nie sprawdzałam. Dodałam się do grupy na facebooku ,,Aliexpress.com dla dzieci" , gdzie przestudiowałam przypięty post. Naprawdę czytając go można spokojnie zacząć robić zamówienia samemu! Obejrzałam recenzję i zaczęłam zakupy. Na pierwszy rzut poleciały cebulowe skarpetki. Cebulowe, ponieważ potem doczytałam, że taka cena oznacza właśnie potocznie zwaną cebulę. Radość była niemała, że udało się zamówić za taką cenę! 
Powiem Wam moi drodzy, że oczekiwanie i odbieranie codziennie nowych paczek jest cholernie uzależniające. Do mnie docierają właśnie ostatnie przesyłki z 30, które zamówiłam i powoli robi się smutno z tego powodu. Więc wchodzicie tam na własne ryzyko! 
Pamiętajcie również, że jest to proste. Wystarczy na spokojnie przeczytać instrukcję i działać. Działa to praktycznie tak samo jak nasze allegro.
Moje recenzje znajdziecie pod #lollalarecenzje Od niedawna dodaje ten hasztag, który myślę, że ułatwi Wam poszukiwania.


5 par cebulowych skarpetek
zamówione : 13.11, wysłane : 14.11, odebrałam 12.12

Cena : 0,02$!!, gdy ja kupowałam; dziś : 0,31-0,35$ czyli nadal cena atrakcyjna.

Przesyłka nierejestrowana.

ocena : 10/10
Wybrałam kolor jasny róż. Jeżeli chodzi o rozmiar to na zdjęciach ma je ubrane moja córka, która już nosi rozmiar 74, a skarpetki są większe, więc nam posłużą jeszcze trochę. (Na zdjęciach malutka ma 5 miesięcy) (Edytujemy: rozmiar to 0-1, bądź 1-2 wszystko pisze, ale ja byłam w takiej ekscytacji robiąc pierwsze zamówienia, że nie patrzyłam na nic innego...) Skarpetki przyszły zapakowane w folie. Spodziewałam się, że będą śmierdziały - pachną po prostu nowością. Jak nowa rzecz. Brak wystających nitek. Nie jest to najwyższej jakości materiał - wiadomo. Ale za tą cenę nie mam żadnego powodu do narzekań.


Opaski dla małych dam.
Link jednokolorowe: https://goo.gl/VN7kJD
Link w kwiaty : https://goo.gl/HFuWEA
Cena : w kwiaty : 1,18$ jednokolorowe : 1,38$
Czas dostawy : jednokolorowe zamówione 11.11 dostarczone 01.12 w kwiaty zamówione 25.11 dostarczone 27.12
Ocena 10/10
Wszystko jak najbardziej ok. Bardziej polecam te jednokolorowe, ponieważ można zmieniać ich rozmiar poprzez rozciągnięcie supełka. Jedne i drugie z zamszu. Pasują na główkę mojej 6 miesięcznej córki i posłużą nam pewnie jeszcze długo.




sukienka dla małej księżniczki
Cena : 9,90$
Rozmiar, który wzięłam to 4-6 miesięcy

Czas dostawy: kupiona 25.11 dostarczona 19.12

ocena 9/10


Bardzo na nią czekaliśmy i chcieliśmy by córka miała ją na święta oraz na sesję świąteczną, przyszła więc dzień przed sesją. Z serii głupi to ma szczęście. ;D Brałam rozmiar 4-6 msc i bardzo bałam się czy będzie dobra, bo nasz maluszek do małych nie należy, ale sukienka pasuje idealnie. (Gdy ja kupowałam nie było dostępnych większość rozmiarów.) Odjęłam punkt za wadę. Koronka jest nie przyszyta/ wyrwana na przodzie w jednym miejscu. Ponadto tiul w kilku miejscach poszarpany oraz wystające nitki. W niczym to nie przeszkadza, ale jednak są takie defekty. Tak jak najbardziej jesteśmy nią zachwyceni i polecamy. ;)

0
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.