niedziela, 21 maja 2017

Świadoma pielęgnacja cery


Cześć! 

Przychodzę do Was dzisiaj z tematem, który na pewnym etapie życia (zwłaszcza) kobiet, każdą z nas zaczyna nurtować. Nie jestem w tym żadnym ekspertem, nie mam wykształcenia kierunkowego i nie czytałam dziesiątek poradników, które mogłabym Wam polecić (nawet tych najbardziej znanych), ale metodą prób i błędów wypracowałam swoją rutynę, zwyczaje i doszłam do momentu, w którym mogą powiedzieć: jest dobrze. O czym mowa? O świadomej pielęgnacji cery.

Nie chcę w tym poście opowiadać Wam o tym jak wygląda moja poranna czy wieczorna pielęgnacja, jakich używam kosmetyków i dlaczego właśnie tych, jak często stosuję dane zabiegi i dlaczego tak rzadko... O tym też będzie post, może w formie get ready, które chodzi za mną już od kilku miesięcy, a na które aktualnie naprawdę brakuje mi czasu - tak czy siak, to w innym terminie :)

Czym jest w ogóle świadoma pielęgnacja? I dlaczego kluczowym jest tutaj nie słowo pielęgnacja, a świadoma? Mogłabym się rozpisać tak bardzo, że mnie samej nie chciałoby się tego czytać, ale sprowadzę to do krótkiego hasła: poznawaniem swoich potrzeb. I w gruncie rzeczy to tyle. Bardzo często osoby mające (jakieś) problemy z cerą zadają pytania koleżankom, których te problemy nie dotykają: czego używasz. Zdradzę Wam pewien sekret - to nie ma znaczenia.

To, że dany kosmetyk dobrze sprawdza się u Waszej koleżanki nie znaczy, że Wam nie zrobi on krzywdy. Nie mówię już nawet o tym, że może wcale nie pomóc, ale o tym, że może zaszkodzić. Podobnie jest zresztą w przypadku poradników, które zazwyczaj będą sprowadzały się do pewnego schematu, w którym na drugim miejscu w porannej pielęgnacji (po żelu oczyszczającym) znajdują się wszelkiego rodzaju toniki, których ja na przykład nie stosuję, nie lubię i mimo wielu prób nie przekonałam się do nich nigdy na tyle, by zużyć choćby jedno pełne opakowanie.

Głównym problemem jest to, że większość z nas na początku swojej pielęgnacyjnej drogi wybiera kosmetyki niedostosowane do danego typu cery. A tych wyróżniamy trzy główne: suchą, tłustą i normalną. Ale to nie wszystko, są jeszcze takie jak: mieszana, wrażliwa, atopowa, ze skłonnościami (do przetłuszczania, wysuszania, zapychania, a także do alergii), naczyniowa i trądzikowa.

Ważną kwestią jest też to, że większość z nas łączy na swojej twarzy kilka rodzajów cery, dlatego też określenie danego jej typu wbrew pozorom nie należy do rzeczy łatwych, w konsekwencji czego przetłuszczamy i tak już suche miejsca bądź wysuszamy obszary wymagające nawilżenia. Wprowadzenie odpowiedniej pielęgnacji kosmetycznej powinno odbywać się w oparciu o wszystkie cechy naszej skóry, ze szczególnym uwzględnieniem tych najbardziej wymagających bądź dokuczliwych.

No dobrze, a teraz pytanie, jak samodzielnie określić rodzaj cery? 

1. Dokładnie umyj twarz preparatem do tego przeznaczonym (żelem czy mydłem), a następnie osusz ją rącznikiem (unikaj niepotrzebnego naciągania cery; osuszaj ją delikatnie, ale nie trzyj).
2. Odczekaj około 30-45 minut z aplikacją kremu, aby cera doszła do swojego "naturalnego" stanu.
3. Przyjrzyj się swojej twarzy.
    - mocne ściągnięcie (choćby partii) cery i napięcie skóry świadczy o jej przesuszaniu, a dodatkowe uczucie swędzenia i szorstkość, o wrażliwości;
    - czy ujścia mieszków na skórze są rozszerzone? czy dostrzegasz miejsca, w których cera nienaturalnie się błyszczy? wysoce prawdopodobne, że jest w tych miejscach tłusta;
    - oceń, czy koloryt skóry w każdej jej partii jest równomierny i czy w niektórych miejscach nie jest ona cieńsza. jeśli dostrzegasz widoczne pod nią naczynia krwionośne - masz cerę naczynkową;
    - a teraz test pamięci: przypomnij sobie jak Twoja cera reaguje na szybką zmianę temperatury, wilgoci, spożywanie ostrych przypraw lub alkoholu.
4. I pamiętaj, że skóra twarzy może być jednocześnie sucha na policzkach i przetłuszczająca się, np. w tzw. strefie "T".

Poza tym chciałabym też, byście miały świadomość tego, że każda z nas popełnia błędy i musi minąć trochę czasu (i trochę kosmetyków ;)), byśmy znalazły perełki, które zostaną z nami na dłużej. Pamiętajmy też, że raz zdiagnozowany typ cery (np. w wieku nastoletnim) prawdopodobnie niejednokrotnie zmieni się w ciągu naszego życia. Czy to za sprawą ciąży, gdzie szaleją hormony, czy klimatu, czy choćby z uwagi na proces starzenia się, który każdą z nas przecież dotyka. Kolejną ważną kwestią jest dieta, która może zarówno pomóc jak i zaszkodzić.


Na koniec kilka rzeczy, o których warto pamiętać: 
- pamiętajcie, że najważniejszą rzeczą w pielęgnacji jest systematyczność; nawet najlepsze kosmetyki, stosowane rzadko i nieuważnie, niczego nie zdziałają,
- szczególnie w przypadku cery suchej warto pamiętać o nawadnianiu organizmu od środka (picie dużych ilości wody ma zbawienny wpływ nie tylko na cerę :)),
- w zbliżającym się okresie letnim warto zaopatrzyć się w kremy z filtrem, by nie wysuszać skóry i uniknąć przedwczesnego powstawania zmarszczek,
- i nie zapominajcie o aplikacji kremu! o ile osoby z cerą suchą i skłonną do przesuszania się raczej rzadko ten krok pomijają to miejcie na uwadze, że cera tłusta również potrzebuje nawilżenia. Wierzcie mi na słowo, że (dobry) krem jest podstawą pielęgnacji (i wcale nie musi kosztować majątku!)

A w nawiązaniu do tego ostatniego to chciałam Wam przypomnieć, że wczoraj zaczęła się w Rossmannie promocja 2+1 (dla osób korzystających z aplikacji 2+2) na kosmetyki do pielęgnacji twarzy. Jestem pewna, że każda z Was znajdzie coś dla siebie. Dodatkowo nie zapominajmy o naszych mężczyznach, którzy raczej się do tego nie przyznają, ale w ich życiu także przychodzi czas, kiedy zaczynają się o swoją cerę martwić i... jeśli czasami ubywa Wam kremu to wiedzcie, że coś jest na rzeczy ;)


źródło zdjęć: sieć
0

środa, 17 maja 2017

Sherry Argov - Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy?



Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy to poradnik śmiały i zabawny. Sherry Argov wyjaśnia kobietom, jak z przygodnego związku stworzyć głęboki i trwały. Bez cackania się, ze szczerością i zadziornością wyjaśnia, dlaczego bycie miłą do bólu niekoniecznie sprawi, że facet będzie bardziej oddany. Albowiem kobietą, jakiej on pragnie, jest zołza.
Autorka przytacza autentyczne rozmowy z mężczyznami, którzy bez cienia skrępowania udzielają drobiazgowych odpowiedzi na takie oto pytania:
• W jaki sposób mężczyźni manipulują związkiem, chcąc go utrzymać na niezobowiązującej stopie?
• Czy mężczyźni świadomie sterują emocjami kobiet?
• Jak ona może go przekonać, że zaangażowanie w związek było jego pomysłem?
• W jaki sposób kobieta może sprowokować oświadczyny, nie mówiąc słowa o małżeństwie?

Bez względu na to, czy jesteś singielką, mężatką, świeżo po rozstaniu, czy po prostu masz dość rodzinki, która radzi ci złowić męża, „bo czas leci”, Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy to nieodzowny poradnik, który pokaże ci, jak tryskać pewnością siebie, zdobyć jego serce i otrzymać miłość oraz szacunek, na jakie zasługujesz...

Dawmo, dawno temu słyszałam na temat tej książki dziesiątki opinii, w zdecydowanej większości pozytywnych, dlatego sama postanowiłam po nią sięgnąć. Jako że teraz, za sprawą nowego wydania, przeżywa swoją drugą młodość, postanowiłam podzielić się z Wami swoją opinią na jej temat. Na początek szczerze Wam powiem, że nigdy wcześniej nie zatrzymałam się (na dłużej) przy żadnym poradniku. Po ten sięgnęłam z czystej ciekawości. Chciałam zobaczyć o czym mówią setki kobiet na całym świecie. I... przyznaję, że pani Argov porwała mnie niemalże od początku. Może nawet nie tyle treścią, co swoim stylem. Ale od początku.

Zakładam, że wiecie już, że jestem czytelnikiem wymagającym i jeśli coś nie wciągnie mnie od początku, zazwyczaj zdania na temat danej lektury już do końca nie zmienię. Nawet, jeśli po zamknięciu książki stwierdzam, że "jednak nie było tak źle, jak założyłam", tego co na dzień dobry uznam za nienajlepsze, do kategorii dobrego już nie przypisuję. Tym, co mnie najczęściej zraża jest styl autora. Szanuję oczywiście zdanie tych, którzy się ze mną nie zgadzają - każdy z nas lubi coś innego i to, co do mnie nie przemawia, Wam może się podobać.

Otwierając Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy? miałam wrażenie, jakbym zamiast książki otworzyła... bloga. Albo poszła na spotkanie z kobietą, która nie zadając pytań, zaczyna udzielać na nie odpowiedzi. W każdym razie nie była to terapeutka, a raczej sąsiadka. Ktoś, kto podchodzi do tematu całkiem na luzie i potrafi powiedzieć chyba oszalałaś! chociażby podejrzewając mnie (nas, kobiety) o opisane w Zołzach zachowania.

Żeby nakreślić Wam schemat tej książki, mogłabym powiedzieć, że jest to lista najczęściej popełnianych w relacjach damsko-męskich błędów. A zasadą w nich najważniejszą jest: im mniej się starasz, tym lepiej wychodzi.  Wbrew powszechnemu przekonaniu, mózg faceta nie jest żadną ślepą uliczką, czarną dziurą czy martwym punktem. Chociaż nad tym ostatnim można by się chwilę zastanowić... Okej, nie w tym rzecz. Myślenie facetów jest schematyczne. Nie trzeba być wróżką, żeby przewidzieć niektóre zachowania, wystarczy zagłębić się w ich psychikę. Tym z Was, które nie mogą przestudiować samców na żywo, polecam pomoc pani Argov. Tylko pamiętajcie - jak to z poradnikiem, nie traktujmy wszystkiego zbyt serio, żeby nie oszaleć. Wracając do błędów. Współczuję kobietom, które popełniają je wszystkie, a na pewno takie istnieją, ale na pewno nie ma wśród nas takiej, której udało się wszystkich uniknąć.

Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy? składa się z faktów i mitów na temat męskiego myślenia. Z zasad, którymi powinny kierować się kobiety chcące zatrzymać przy sobie facetów, a także rzeczy absolutnie zakazanych w tych relacjach. Wszystkie te reguły, zakazy i objaśnienia zachowane są w tonie koleżeńskiej rozmowy, wykluczonej z pseudo-psychlogicznych wywodów, poparte rzeczywistymi rozmowami z mężczyznami, które przeprowadziła autorka.

Oczywiście nie są to rady gwarantujące którejkolwiek z nas zamążpójście, a z czasem może się nawet wydawać, że im więcej z nich wprowadziłybyśmy w życie, tym więcej mężczyzn się od nas odsunie, ale pamiętajmy, że żaden poradnik nigdy nie zagwarantuje nam spektakularnego sukcesu, a jedynie wpłynie na nasz sposób myślenia i przede wszystkim postrzegania samej siebie. A nie od dziś wiadomo, że najważniejsze jest podejście. :)

Polecam tę książkę każdemu, kto choć trochę ciekaw jest tego, jak od kuchni działają relacje damsko-męskie, a także każdej kobiecie, którejwydaje się, że do szczęścia niezbędny jest jej mężczyzna.
0

niedziela, 14 maja 2017

Moja ciąża z edziecko.pl - aplikacja, którą polecam.



Cześć brzuchatki i nie tylko. 
Dziś przychodzę do Was z aplikacją na telefon komórkowy ( jeśli jeszcze nie wiecie to bardzo lubię świat elektroniki/ komputerów i tego typu bajerów. :) Aplikacja ta to nic innego jak - moja ciąża. Prowadzi nas przez każdy tydzień życia płodu. Jest to jedna z najbardziej popularnych aplikacji dla przyszłych mam. Ja korzystałam z niej przy pierwszej ciąży i jak zobaczycie przy drugiej również. Od czasu "pierwszego spotkania" doszło kilka fajnych dodatków, o których opowiem Wam kilka słów.
Z własnego doświadczenia mogę Wam powiedzieć, że aplikacja jest jak najbardziej "na czasie" pod względem panujących w Polsce reguł co do ilości badań. Zawsze gdy przeczytałam, że na danej wizycie czeka mnie badanie usg - tak też było.

Aplikacja przeprowadzi Was od pierwszych dni ciąży do porodu. Znajdziecie praktyczne ciążowe porady wraz z filmami i zdjęciami pokazującymi rozwój dziecka. Zaleta są też pomocne dodatki takie jak: organizer, kalkulator wagi, kalkulator tygodni ciąży, wyprawka, imiennik, itp.  
Gdy niepokoją Was jakieś objawy jest 99% szansy, że znajdziecie odpowiedź na to co się dzieje z Wami bądź maluszkiem. 

W organizerze ciążowym będziecie mogły dodawać ważne wydarzenia dotyczące ciąży, jak wizyty lekarskie, badania, a także kompletować torbę do porodu i wyprawkę dla dziecka.

Dodatkowym atutem jest na pewno kalkulator wagi w ciąży, który pozwoli przewidzieć, jak będzie zmieniała się Wasza waga.

Aplikacje pobierzecie bez problemu w sklepie play. Wiem, że również jest dostępna na ISO. Następstwem tej aplikacji jest aplikacja "moje dziecko", którą prowadzi nas przez pierwszy rok życia maluszka - chcecie post o niej? :)


0

środa, 10 maja 2017

Modowy must have na wiosnę (2017)


Cześć!

Chciałoby się powiedzieć, że wielkimi krokami zbliża się już lato, ale niestety choć w kalendarzu niemal połowa maja - ledwo zaczęła się wiosna. Zakładam, że podobnie jak duża część mojego otoczenia i Wy jakiś czas temu postanowiliście tę wiosnę przywoływać na różne sposoby, również te modowe. Ręka do góry kro już w marcu wyjął już rażące lakiery do paznokci i kolorowe żakiety. Ale, spokojnie, wolno nam! :)

Postanowiłam zrobić mały przegląd trendów na trwający już sezon wiosenny, a także zbliżający się letni. Nie jestem raczej fanką ślepego podążania za modą i odkąd odnalazłam swój styl na tyle, że czuję się w nim dobrze... to wybieram rzeczy raczej z jednej kategorii. Niemniej jak to kobieta lubię sobie pooglądać i zobaczyć co w trawie piszczy, a dziś również Was zapraszam do zapoznania się z moimi propozycjami "odświeżenia szafy".

Przede wszystkim - ramoneska. Ta konkretnie jest z Oakwood, ale dla chcącego nic trudnego i jej odpowiednik możemy znaleźć w wielu sklepach. Must have nie tylko wiosny, ale również jesieni, a między nami mówiąc tej zimy też zdążyłam ją ponosić. Kto powiedział, że musi być czarna? Żółta z pewnością wyróżni się z tłumu!

Numer dwa - żakiet. Lubię łamaną klasykę i uważam, że czarna ramoneska z białą koszulą wyglądają naprawdę elegancko, ale są sytuacje, w których marynarka jest bardziej wskazana od skóry. Czarną powinna mieć w szafie każda kobieta (polecam też jasną - białą lub beżową), a tej wiosny najmodniejszym kolorem jest ponoć zielony, więc co powiecie na propozycję od Banana Republic?


Numer trzy - sukienka z motywem kwiatowym. Uwielbiam! O ile zimą noszę sukienki raczej rzadko, tak latem zapełniam nimi szafę. Dwa lata temu znalazłam granatową w kolorową łączkę i choć zawsze twierdziłam, że to raczej nie mój styl, zakochałam się kompletnie. Powiem Wam, że ta powyżej też bardzo mi się podoba. Propozycja z Bonprixu.



Numer cztery - szorty. Podobno są modne, wiele dziewczyn je lubi, choć są kompletnie nie w moi stylu i raczej źle bym się w nich czuła. Ale przyznaję, że dobrze skomponowany zestaw (np. z koszulą) wygląda naprawdę fajnie. Te u góry z Mohito.

I numer pięć - buty! Mogłabym o nich mówić, mówić, i mówić... Na pewno polecam wszelkiego rodzaju sandałki - płaskie, na obcasie, szpilce czy koturnie (ponoć wygodniejsze). Mam kilka par i choć do ubiegłego roku wydawało mi się, że ich nie lubię, to chyba już nie wyobrażam sobie bez nich życia ;) Ale poza tym, trampki! Jedyne płaskie buty, poza tymi na siłownie, które posiadam i które mnie nie drażnią. Converse? Klasyka.

Czekam na Wasze propozycje - co dodalibyście do tej listy? :)
0

niedziela, 7 maja 2017

CO PRZYNIÓSŁ NAM TEN MIESIĄC? - CZYLI 10 MIESIĄC ŻYCIA KAROLINY.

Dzień dobry!
Przychodzę do Was dziś z kontynuacją serii, którą rozpoczęłyśmy na blogu. "Co przyniósł nam ten miesiąc?" Przypomnę Wam, że będę co miesiąc podsumowywać miesiąca z życia mojej córki Karoliny. Pamiętajcie drodzy rodzice, że czekam również na Wasze podsumowania miesiąca życia malucha!

Pamiętacie jednak, że każde dziecko jest inne. Nie porównuj nigdy swojego dziecka do innego! 

Karola bez problemu stoi już bez trzymanki, ale nadal boi się puścić by pójść. Ale łapanie równowagi z dnia na dzień wychodzi jej coraz lepiej. 
Opanowane ma do perfekcji mówienie `pa`. Czasem nawet zdaży się jej pomachać. Lubi bawić się piłkami, a w szczególności wyrzucać wszystkie małe ze swojego basenu. 
Trzyma sama dzielnie butle i pije czy to mleko czy sok. Klepiąc w materac łóżka pokazuje, że chce wejść. Tuląc swojego misia Julka, że chce iść spać. Trochę powoli dogadujemy się już, bo dzielnie odpowiada `tak` czy to `nie` w rozmowie. 
Nie ukryje się przed nią już nic. Gdy tylko zauważy, ze coś schowałam przed nią od razu podąża za tym wzrokiem czy też całym ciałem. 

Karola nadal ma swoje dwie dolne jedynki, którymi lubi gryźć między innymi mnie.. Mam w ogóle wrażenie, ze w tym miesiącu ona przechodzi mały bunt. Jest bardzo niegrzeczna, nie słucha się, gryzie, bije czy to krzyczy po swojemu. Głównie na mnie, z tatą ma zupełnie inny kontakt. Jakby było inne dziecko, gdy on wraca z pracy. 

Największą zmianą w tym miesiącu było drastyczne ostawienie Karoli od cyca. Walczyłam by ten rok ją karmić, ale ze względu na zagrożoną drugą ciąże nie miałam wyboru. Opisze Wam kiedyś cały proces. Sama Karolina nie przeżyła tego tak bardzo, źle jak się spodziewałam. Drugi tydzień pije mleko modyfikowane bez problemu. Oczywiście je równie dużo stałych posiłków. Ba! Gdy widzi, że ktoś je przychodzi i krzyczy `daj`. 
W tym również miesiącu stała się posiadaczką kolczyków. Nawet nie zapłakała. ;)
0

środa, 3 maja 2017

Vivid Matte Liquid by Color Sensational - Maybelline


Cześć!

Przychodzę do Was dzisiaj z kolejną (po Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick) recenzją matowych pomadek. Tym razem na świeczniku lądują dwa kolory z linii Vivid Matte Liquid by Color Sensational od Maybeline - 35 Rebel Red oraz 40 Berry Boost. 

Zacznę od początku, czyli tego co większość tygrysków lubi najbardziej, a mianowicie od pierwszego wrażenia. Proste opakowanie, jak wiele innych dostępnych na rynku pomadek. Od razu wiadomo, że zanurzony w produkcie aplikator jest typową dla błyszczyków "szczoteczką", którą jedni kochają za precyzję w obrysowaniu ust, a inni właśnie za jej brak - nienawidzą. Ja je lubię, mnie nie przeszkadzają, jestem w stanie umalować nimi usta bez spędzania przed lustrem pół godziny na poprawkach.

Na stronie producenta czytamy, że:

Pomadki w płynie z gamy Color Sensational pozwalają wykonać wyjątkowy makijaż ust - podkreślają naturalny kształt ust dzięki wyprofilowanej końcówce aplikatora, nadając im kolor z matowym wykończeniem, a zarazem pozostawiając uczucie komfortu i nawilżenia na ustach.


Zanim przejdę do konfrontacji z obietnicami Maybelline chciałabym zwrócić uwagę na to, że większość z nas do tych pomadek z pewnością przyciągają kolory. Osobiście jestem wielką fanką czerwieni (mam ich kilka), dobrze się w nich czuję i nie potrafię przejść obojętnie obok takiego odcienia, który - no nie oszukujmy się - tak bardzo przykuwa uwagę. Bo przykuwa, prawda? :) W dodatku moje pierwsze spotanie z Vivid Matte to właśnie kolor 35., który dostałam w prezencie razem z identycznym lakierem do paznokci. (Maybelline Color Show nr 353) Cóż za symbioza!

Kremowa formula pomadki oferuje bogaty i długotrwały kolor z efektem ultra modnego matowego wykończenia. Płynna konsystencja produktów z gamy Vivid Matte Liquid pozwala na wyższe stężenie pigmentu, zapewniając wyższy poziom krycia i bardzo intensywny kolor na ustach.

Wracając do obietnic - kolor piękny, aplikator przyjemny w użyciu, zapach pomadki w porządku - przyjemny, nie duszący, niezbyt słodki, ale też nie mdły... Aplikacja przyjemna, bo produkt faktycznie jest aksamitny, nie daje uczucia wysuszenia na ustach. Chłonę z ust intensywność koloru, czekam aż nadejdzie ten oczekiwany matt... ale ta chwila nie nastąpiła. I, czytając później opinie w sieci odnośnie tych pomadek, wiem już, że to nie wina mojego egzemplarza, a całej tej serii, która choć nazywa się "Matte Liquid", z mattem ma wspólną jedynie nazwę, bo na pewno nie wykończenie.


Lubię matowe pomadki - od zawsze, zanim jeszcze stały się one modne. A z drugiej strony - szczerze nie znoszę błyszczyków i wszystkiego, co się klei. Czy to na ustach, czy na ciele (typu za gęste balsamy czy nieodpowiednio nałożona oliwka). I podejrzewam, że moja nienawiść do tego typu produktów już się nie zmieni. Ale! Choć Vivid Matte mattem nie jest, nadal jest to piękna pomadka w intensywnym kolorze, utrzymująca się na ustach względnie, "zjadająca się" równo, która (jako że nie jest matem) da się również zetrzeć w sposób dużo subtelniejszy i bardziej komfortowy niż większość produktów "wżerających się" w usta. Z prostego powodu - nie wżerania się. Wyżej już wspomniałam, że nie wysusza - zgadzam się z producentem co do kremowej konsystencji. I choć trochę zawiodłam się brakiem tego mattu (bo przecież po to kupuje się produkty mattowe, żeby mattowe były) - to jest to na tyle fajny produkt, że zakupiłam drugi kolor i szczerze je polubiłam.

Ostatnią rzeczą obiecywaną przez markę jest to, że pokochamy Vivid Matte za pięć rzeczy, więc oceńmy:
• idealnie matowe wykończenie makijażu ust - niestety nie;
• uczucie komfortu, nawilżenia i lekkości na ustach - zdecydowanie tak;
• bogaty, intensywny i długotrwały kolor - bogaty i intensywny na pewno, czy taki długotrwały... nie, ale nie skreślam ich pod tym względem, jest w porządku;
• płynną i kremową konsystencję - tak!;
• łatwą, przyjemną i precyzyjną aplikację - rzecz gustu ze względu na aplikator, jak pisałam wyżej, ja się zgadzam.

Podsumowując: czy polecam? Tak, ale nie dla kogoś szukającego mattu czy pomadki, której w ciągu dnia nie trzeba poprawiać. Tę z pewnością trzeba. W każdym razie cena jest przystępna, w drogeriach często zdarzają się promocje, więc jeśli jeszcze nie miałyście okazji zapoznać się z tym produktem, a chcecie - naprawdę zachęcam. A może już próbowałyście i chcecie podzielić się wrażeniami? :)
0

poniedziałek, 1 maja 2017

Wyprawka dla noworodka



Cześć,

Chciałabym na wstępnie bardzo, ale to bardzo przeprosić za moją nieobecność i brak postów z mojej strony. Moja nieobecność spowodowana jest tym, że spodziewamy się drugiego maluszka. Niestety ciąża jest wysokiego ryzyka i w dodatku zagrożona poronieniem. Bardzo źle ją znoszę. Jestem na lekach i w dodatku muszę cały czas leżeć. Jedyne co robię od kilku dni to wegetuje jak warzywo i biegam do łazienki wymiotować nawet po wodzie... Zbieram powoli siły, bo dużo przede mną i nie chce też Was zaniedbywać. Obiecuję poprawę. A dziś zrobimy kontynuację wyprawki. Czyli co mi się przydało przy Karoli przez pierwsze miesiące, a co zakupię na pewno przy drugim maluszku.Nie kupujcie wszystkiego nowego i w ilościach hurtowych jeżeli chodzi o ubranka. Większość z tych rzeczy nawet nie zdążycie ubrać. Ubranka 52-56 będą na tydzień góra dwa. Warto kupować używane, bo są to rzeczy niezniszczone i często w idealnym stanie. Nie wariujcie też przy zakupach, bo ta lista będzie się ciągle powiększać i powiększać a koszta wcale nie będą maleć a rosnąć. 


Ubranka - Powinny być uszyte z miękkich, naturalnych materiałów, luźne i wygodne. Z kupnem ślicznych sukienek, bluzeczek i spodenek lepiej poczekać, w pierwszych miesiącach najbardziej praktyczne dla dziecka będą body i pajacyki.

Body - Na początek najlepsze są ubrania rozpinane z przodu na całej długości. Później, gdy dziecko trzyma już dobrze główkę wystarczy zapięcie na ramieniu lub szeroki dekolt. Najlepiej kupić trzy bez rękawów i trzy z długimi rękawami.


Pajacyki -Najwygodniejsze dla początkujących rodziców niemowlęce ubranka. Najlepiej, by były rozpinane z przodu na całej długości i w kroku. Warto kupić trzy cieńsze i trzy grubsze.


Kaftaniki - To po prostu bluzeczki. Najlepiej, by były zapinane z przodu na napy. Ważne też, by rękawy były szerokie pod pachami. Nie kupujcie więcej niż pięć sztuk.


Śpioszki- Dobrze, by miały rozpięcie w kroku. Wystarczy pięć sztuk.


Czapeczki - Potrzebne będą dwie. Jedna cienka, bawełniana, a druga cieplejsza. Dobrze, by była wiązana pod brodą na troczki, inaczej będzie się zsuwać. Miałam, ale nie używałam ze względu na to, że Karolina urodziła się latem w największy upał. Przy drugim maluszku na pewno zakupię, bo urodzi się zimą. Rękawiczki - żeby nie drapało się malutkimi paznokietkami. 


Kombinezon - Potrzebny na spacery w chłodniejsze dni. Jeśli wasz maluch przyjdzie na świat latem, wstrzymajcie się z tym zakupem. Jesienią będziecie z pewnością potrzebowali innego rozmiaru. Karoli kupiłam dopiero jesienią, ale dla maluszka drugiego będę kupować już teraz ze względu na to, że przyjdzie zimą na świat. Kupię pewnie dwa - 0-3 miesiące i 3-6.


Skarpetki - Ważne, by nie uciskały nóżek. Trzy pary w zupełności wystarczą.


Pieluchy jednorazowe- Dla noworodka zwykle najlepsze są w rozmiarze newborn lub mini. W pierwszych miesiącach warto wypróbować produkty różnych firm. Nie wiadomo, które będą wam najbardziej odpowiadać.Nie rezygnuj zupełnie z pieluch tetrowych. Przydają się do położenia na przewijaku, podłożenia pod główkę, przykrycia malucha w upalny dzień.

Butelka - Jeśli zamierzasz karmić piersią, twojemu dziecku jest zupełnie zbędna. Podobnie jak smoczki, sterylizatory itp. Ja miałam kupione 2 butelki i smoczki, ale użyłam butelki dopiero w 4 miesiącu. Smoczka Karola w ogóle nie używała. 


Chusta - Jest wygodniejsza niż nosidło, zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka. Można nosić w niej malucha od urodzenia. Jej wadą jest wysoka cena, na szczęście nie tak trudno uszyć ją samemu. Nie miałam, ale jest bardzo polecana w szczególności przy wcześniakach. 


Łóżeczko - Praktycznym rozwiązaniem jest możliwość zamontowania na jego nogach kółek i (lub) płóz. Jeśli wybierzecie nieco większy model, w którym można w ogóle zdemontować szczebelki, i pozostawić jedynie materac na stelażu, posłuży dziecku nawet do pięciu, sześciu lat. Materac - Nie powinien być zbyt miękki ani zbyt twardy. Najlepszy będzie z gąbki lub pianki, lateksu.


Nożyczki do paznokci -Muszą być dość cienkie i mieć zaokrąglone końce.


Oliwka - Podobnie jak różne balsamy i mleczka do ciała, potrzebna jest tylko przy suchej skórze. Większości niemowląt jest więc zbędna.Rożek - Noworodki lubią ciepło i czuć się skrępowanym przez pierwsze miesiące. U nas nie sprawdził się kompletnie ze względu na upał, ale przy drugim maluchu na pewno kupię. Zdecyduje się na te z minki bo są sztywniejsze. 


Wózek - Niezbędny dla niemowlęcia. Najlepiej, żeby był tradycyjny, głęboki z obszerną gondolą, dużymi kołami i dobrą amortyzacją. Odsyłam do postu mojego. Pisałam o spacerówce, ale wspomniałam również o gondolach. 




Fotelik samochodowy - Jeśli macie samochód, jest absolutnie niezbędny. Tylko w nim wasze dziecko będzie mogło podróżować bezpiecznie. Niemowlęta powinny jeździć w fotelikach przeznaczonych dla dzieci o wadze do 10, 13 lub 18 kg (tyłem do kierunku jazdy). Bardzo przydaje się też możliwość wpięcia w stelaż wózka (dlatego dobrze jest kupić wózek i fotelik tej samej firmy). Mieliśmy dwa. Jeden do wózka - użyliśmy kilka razy. Drugi używamy cały czas, aktualnie poszukuję od 10 do 18 kg.

Kocyk - Powinien być miękki, lekki i niezbyt duży. Raczej z polaru lub anilany niż wełniany (wełna często wywołuje alergię). Przydadzą się dwa na zmianę: jeden cieńszy, jeden grubszy. Polecam te z minki. Ja jestem zakochana w tym materiale. Karola ma swój jeden ulubiony z którym teraz śpi właśnie z minki, i kilka z innych materiałów. 


Leżaczek - Fantastyczne urządzenie, dzięki któremu niemowlę może bezpiecznie siedzieć, obserwując rodziców krzątających się po domu. Bezpiecznie można w nim jednak posadzić dopiero dwumiesięczne dziecko, nie ma więc pośpiechu z zakupem.


Pościel - Wystarczą dwie zmiany. Maluch potrzebuje lekkiej kołdry z poszwą i prześcieradła. Jeśli kupicie takie z gumką, nie będzie się zsuwać z materaca ani marszczyć. Mam jeden zestaw ze zwykłej bawełny i jeden z minki oba polecam. 


Maść przeciw odparzeniom - Jeden z nielicznych niezbędnych kosmetyków. Nawet w najlepszej pieluszce skóra okolic intymnych jest narażona na podrażnienie. Tu link do kosmetyków, które my używamy.


Nawilżane chusteczki - Przydadzą się, gdy będziecie musieli przewinąć dziecko poza domem. Na co dzień najlepiej myć pupę po prostu ciepłą wodą. Myłam wodą na początku potem już tylko chusteczki, nigdy problemów nie mieliśmy. 


Zabawki - Jedyna zabawka, którą naprawdę warto kupić w pierwszym miesiącu to karuzela nad łóżeczko. Nawet noworodek przygląda się mu z zainteresowaniem i z upodobaniem słucha spokojnej melodii płynącej z pozytywki. Mieliśmy i kompletnie się u nas nie sprawdziła. 

Wanienka - Najbardziej praktyczna będzie na stelażu (kąpiąc malucha nie będziecie nadwerężać kręgosłupa). Dobrze też, by miała odpływ. Mieliśmy zwykłą posłużyła przez kilka miesięcy. 


Ręcznik - Ten do kąpieli powinien być duży i miękki, przyda się też kapturek, ale wcale nie jest konieczny. Przyda wam się też mały, np. do wytarcia umytej pupy. 


Proszek do prania - Najlepiej, by był hipoalergiczny, przeznaczony specjalnie do niemowlęcych ciuszków. Malutkie dzieci mają bowiem bardzo wrażliwą skórę.


źródło zdjęć: google
0

środa, 26 kwietnia 2017

Szybcy i wściekli 8



Cześć Wam!

Nie jestem fanką filmów (z pogranicza) fanstasy, aczkolwiek są dwie serie, do których - choć widziałam je nie raz - zawsze chętnie wracam. Pierwszą jest Harry, z wielkim sentymentem, drugą są Szybcy i wściekli, których najnowsza, ósma już, część miała premierę w Polsce 21 kwietnia. Wtedy też wybrałam się do kina, a dzisiaj opowiem Wam o swoich wrażeniach.

Zanim jeszcze przejdę do treści - na kilka godzin przed seansem czytałam artykuł odnośnie tej (i wcześniejszych) produkcji i odniosłam wrażenie, że choć autor też ma do Szybkich wyraźny sentyment (widoczny w nawiązaniach do poprzednich części) to najnowsza okazała się dla niego... może nie tyle nieudana, co oderwana od swoich poprzedniczek. I być może przeczytałam to niepotrzebnie, bo po zwiastunach, na których widzimy Doma odwracającego się od rodziny, która przecież zawsze była dla niego najważniejsza i tego typu "recenzji" (nie była to do końca recenzja) - zaniżyłam swoje oczekiwania. A może nie do końca niepotrzebnie...



Zakładam, że wiecie o co w tej serii chodzi, więc fabuły nakreślać nie będę, bo mogłabym się za bardzo rozpisać, przejdę od razu do tego co myślę. Generalnie Szybcy są serią, która na przestrzeni wielu lat odniosła ogromny sukces, choć po dwóch pierwszych częściach obawiano się, że nic z tego nie będzie. Nie wiem czy wiecie, ale Diesel, stanowiący przecież głównego bohater (prawie) wszystkich, odmówił udział w części 2, stwierdzając, że scenariusz jest zwyczajnie słaby. Czy słaby to nie wiem, ale inny na pewno. Pomijając kwestię braku chronologii, której czepiać się nie powinnam, bo nie całą serię będę tu omawiać, a konkretną ósemkę, to jeszcze jedną widoczną na pierwszy rzut oka sprawą jest rosnący budżet. Z 38 mln w roku 2001 wzrósł do 1,5 mld na rok 2015, a gdzieś niedawno czytałam, że same straty w wynosiły wtedy ponad 1,5 mln dolarów.


Wraz z rosnącą popularnością rosną też oczekiwania widzów, co nikogo nie dziwi (nie ma prawa dziwić), dlatego też przyjmując do kina fanów reżyserowie mają naprawdę wysoko postawioną poprzeczkę. Zwłaszcza z uwagi na fakt, że drugim z głównych bohaterów całej serii był Paul Walker, którego pożegnanie przeżyliśmy w pamiętnej finalnej scenie z siódemki, ale pamiętać trzeba, że w filmie... porzucił dotychczasowe życie wybierając rodzinę. I, teoretycznie, sprawa wydaje się załatwiona. Praktycznie, w szóste założenie było podobne, w siódemce grał nadal, i to wcale nie epizod. Wyłącznie go z ósemki z pewnością stanowiło wyzwanie, a biorąc pod uwagę fakt, że zarys dalszych części (do 10) powstał przed wypadkiem Paula z 2015 roku - zamysł trzeba było zmienić.

Wracając do zwiastunów - odwrócenie się Doma, poświęconego rodzinie i zdolnego zrobić dla niej wszystko, wydawało mi się niemożliwym jeszcze przed premierą. Obserwując teraz profile społecznościowe aktorów, oficjalny profil twórców, a także czytając kolejne recenzje wiem, że uznano to za tak niewiarygodne, że nikt już dziś nie ukrywa, że rodzina nigdy nie zeszła na dalszy plan. Dzisiaj widziałam nawet bardzo spojlerujące film zdjęcie dziecka... a z resztą, zobaczcie je sami.


Koleżanka w niedzielę (po swoim seansie) śmiała się do mnie, że tegoroczni Szybcy zalatują żałością od strony technicznej - że niewiarygodne, naciągane, niektóre wątki przeciągnięte, a inne wręcz wyssane z palca, jakby pisane na kolanie. Może coś w tym jest. Określiłam ten film jako pogranicze fantastyki właśnie z tego powodu. Bo o ile pamiętając poprzednie produkcje - szybkie samochody i uliczne wyścigi - przeszłam nad tym do poziomu bardziej Wściekłych niż Szybkich, tak w poprzedniej części wydawało mi się, że jeszcze dwie i dostanę kolejnych transformersów, a przecież nie o to miało chodzić... Nie wiem do czego porównać tę część (transformersi to jednak nie są), bo nie oglądam filmów fantastycznych, ale ustalmy, że z tego pierwotnego zamysłu pokazywania "ulicznego świata" zostało niewiele. 

Nawiązując jeszcze do artykułu, który czytałam przed pójściem do kina - Szybkich i Wściekłych podzielono na trylogie, z których każda ma nieco inny wątek przewodni. Ósemka jest początkiem nowej, nie tylko ze względu na brak Walkera, ale zapoczątkowano tutaj także historię powiększonej rodziny (dziecko ze zdjęcia powyżej). Wróciła Letty, którą od początku widzimy na miesiącu miodowym z Domem, wrócił Dwayne Johnson, Jason Statham i Kurt Russell, z czego prawdę mówiąc postać tego drugiego jest w pewnym momencie tak przerysowana, że jeśli wybierzecie się do kina nie będziecie mieć wątpliwości w których scenach wybuchałam (ja, i reszta sali) śmiechem. Wyraźnie widać, że autor właśnie śmiech miał na myśli, ale czy o to chodzi w tej serii, by zrobić z niej komedię? Chyba nie. Jeszcze jedna rzecz, że zaangażowana do tej części Charlize Theron po prostu mi do nich nie pasuje. Inaczej tego ująć nie potrafię. Nie wiem czy to kwestia wątku, roli czy aktorki, być może wszystkiego na raz... ale wydaje mi się, że to próba wzbogacenia Szybkich, która nie do końca wyszła twórcom. Choć nie zagrała źle.


O zakończeniu wspominać nie powinnam, ale jeśli mam opowiedzieć Wam szczerze co myślę, to nie mogę tego tutaj nie ująć: tak naprawdę koniec ma więcej z tą serią wspólnego niż wszystko co nastąpiło przed nim. Rozumiem, że chodzi o rozwój, o nie powielanie tego, co już miało miejsce i element zaskoczenia widza, zaintrygowania, by chciał zostać dłużej... Naprawdę rozumiem. Tyle, że rozwijając się do momentu 7, która do najlepszych też nie należała (biorąc pod uwagę nawet dwie "tylko" dwie poprzednie), 8 zabrnęła w kierunku, który utwierdza mnie w przekonaniu, że te trylogie, na które może wcześniej nie zwróciłam tak uwagi, naprawdę mają tutaj miejsce. Czy to dobrze? Nie wiem. Czy źle? Nie będę oceniać. Premiera części 9 planowana jest na 19 kwietnia 2019 i dopóki nie zobaczę jak zapoczątkowane w tegorocznej odsłonie wątki się rozwiną nie chcę mówić, że podąża to w złym kierunku. Choć prawdę mówiąc spodziewałam się czegoś innego. Nie wiem tylko na ile "innego", skoro już (to) widziałam... i tyle mojego, że zobaczyłam. Lubię tę serię w dalszym ciągu, choć wydaje mi się, że wcześniejsze części (fabularnie) były na lepszym poziomie. Tyle.



źródło zdjęć: filmweb, facebook
0

środa, 19 kwietnia 2017

Czas na dziecko - część II

Czy w ogóle istnieje dobry czas na dziecko?

Czy te moje koleżanki, które zostały mamami w wieku lat 19/20 były w dobrym momencie swojego życia, tuż po szkole średniej, jeszcze przed studiami, przed możliwością szukania pracy? Czy może lepiej gdzieś na studiach, po licencjacie, gdzieś w okolicy magistra? Czy lepiej będzie zaczekać do momentu podjęcia pracy, by po studiach "odbić się od dna" finansowego i mieć czas na to, by doprowadzić sytuację finansową do momentu, kiedy mamy możliwości przyjąć nowego członka rodziny pod swój dach? A może lepiej będzie poczekać kilka lat, by móc wpisać w cv jakiś dłuższy przebieg rozwoju zawodowego, który pomoże nam znaleźć pracę po urlopie macierzyńskim? 20, 30, 40 lat, który moment jest dobry? I czy taki w ogóle istnieje?

Zapytałam o to kilka kobiet, które zostały mamami w różnym wieku.

G., mama trzylatki urodzonej pół roku po liceum, mówi mi, że ma problem ze znalezieniem pracy, bo rodzice jej i jej partnera wciąż są czynni zawodowo i nie mają możliwości jej pomóc, opiekunka jest za droga, żyją z jednej pensji, którą przynosi do domu ojciec dziewczynki. Żyją - u rodziców, na zmianę z pomieszkiwaniem u jej babci. Bo życie jest za drogie, finansowo trochę ich przerosło. Patrzę na nią, zakochaną w swojej córce po uszy. Czy żałuje? Oczywiście, że nie. Czy drugi raz podjęłaby tę decyzję świadomie jeszcze przed ukończeniem szkoły? Na pewno nie.


Kasia, mama 26-miesięcznego Diabełka z aureolką, której bliżej już do 40 niż 30 odkąd jawnie zaczęła mówić o tym, że urodziła za późno przyznała, że z mężem już dawno przestali się starać... i nagle na teście pojawiły się dwie kreski. Nie ma już tyle siły, ile miała piętnaście lat temu i pewnie trochę mniej cierpliwości. Trochę mniej pomysłów na co rusz nową zabawę... ale dużo więcej świadomości rodzicielstwa i dojrzałej miłości, jaką obdarzyła swoje dziecko na lata przed tym, zanim się ono pojawiło. 

I On, lat 51, ojciec dwóch synów w wieku 6 lat i 1,5 roku, który siły ma dużo... bo mieć musi. Wierzcie mi lub nie, ale patrzę na jego stosunek od dzieci od 6,5 roku, a właściwie - świadoma tego co widzę - od co najmniej piętnastu lat... i każdemu dziecku życzę ojca, który będzie mu tak oddany. Mimo długich godzin pracy w tygodniu, tysiąca obowiązków w weekendy, braku siły... ma ogrom cierpliwości dla miliona dziennie pytań po co i dlaczego, dla tłumaczenia po stokroć jak coś działa, jak to się stało i dlaczego nie można zrobić tego inaczej. Jest zmęczony, bywa wyczerpany, ale na odpoczynek przy ruchliwej dwójce nie ma czasu. A kiedy tę chwilę znajdzie... "czuję, że jestem za stary", dlatego nie odpoczywa za często.

Żadna z tych osób nie jest złym rodzicem, żadna z nich nie "wpadła", żadna nigdy nie powiedziała, że żałuje świadomie podjętej decyzji o powiększeniu rodziny. Tak naprawdę, w momencie kiedy zostali rodzicami, dzieliło ich wszystko. Wiek to najmniej ważna z tych rzeczy, bo chodzi o nic innego jak o świadomość swojego życia i jego umiejscowienie.

Czy jest dobry czas na dzieci? 

Myślę, że tak. Niezależnie od wieku czas na dzieci przychodzi w momencie, kiedy patrząc na cudze dziecko możesz się w nim zupełnie nie zakochać, ale robiąc rachunek sumienia i myśląc o tym jaka sama jesteś, jaki jest Twój partner pomyślisz: jestem szczęśliwa, chcę tym szczęściem obdarzyć Małego Człowieka i choć świat czasem rzuca mi kłody pod nogi i myślę, że nie dam rady stawić mu czoła - chcę tej Cząstce Siebie pokazać każdą z pięknych rzeczy, jaką mam możliwość dostrzegać na co dzień. 

Decyzja o dziecku jest najważniejszą, jaką podejmiesz i powinna być świadoma. Podjęta z miłości - do siebie, do tego Stworzenia, które chcesz wydać na świat, a nie z egoizmu i potrzeby bycia kochaną czy, co gorsza, "posiadania kogoś do kochania".

Myślę, że jest dobry czas na dzieci. Do każdego człowieka przychodzi po prostu w innym etapie jego życia. 

Lub nie przychodzi, z bardzo wielu powodów, którymi mogłabym podzielić się, na wielu innych przykładach, w osobnym wpisie.

Generalnie chodzi mi o to, że dobry czas na dziecko jest  wtedy, kiedy czujesz w sobie, że jesteś na nie gotowa. A nie dlatego, że ludzie zadają pytania, że partner naciska, że "już czas", że masz mieszkanie, pracę, możliwość powrotu do niej po macierzyńskim... Nie dlatego, że "coś". Dlatego, że tak.  
0

niedziela, 16 kwietnia 2017

Szybki post - czyli ootd Karoli

Hej,
Dziś szybki post! Pytaliście co Karola miała na sobie na ostatnim zdjęciu, więc przychodzę z ootd Karoliny.
Karolina ma na sobie body na długi rękaw ze smyka. 
Spodnie z cocodrillo, bluzę nieznanej firmy.
 Kamizelka futrzak z zary, buty nike.
 Opaska aliexpress o której był tu post, oraz torebka z pepco którą sobie ostatnio sama kupiła. ;D 

Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu i takie szybkie posty. ;)




0

środa, 12 kwietnia 2017

Czas na dziecko - część I


Powinnam chyba zacząć od dzień dobry. Przychodzę do Was dzisiaj z dość nietypowym (i bardzo długim) postem (właściwie pierwszą jego częścią), a na pewno bardzo osobistym i "napchanym" przemyśleniami, które - mam nadzieję - zostaną zrozumiane, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że duża część z naszych czytelniczek to mamy.

Być może stereotyp dotyczący kobiet jako kur domowych* minął, niemniej jednak z pewnością nie bezpowrotnie i wciąż w pewnych kręgach żyje przekonanie, że kobieta została stworzona do roli matki i żony - w związku z czym wszelkiego rodzaju chęci kształcenia się czy rozwijania w kwestii zawodowej powinna, o ile nie porzucić, to odsunąć na dalszy plan i skupić się na domu i rodzinie. Zakładam, że każda z nas choć raz w życiu usłyszała choć jeden komentarz sugerujący, że w kimś z naszego - bliższego lub dalszego - otoczenie to przekonanie nie umarło.

Dla przykładu: ja miałam takiego sąsiada. W moim okresie maturalnym chwalił się wynikami (rok starszego ode mnie) wnuka w nauce, przepełniony dumą ze studiującego na UJ-cie 20-latka. Jednocześnie dobitnie próbował zasugerować mi, że kobiecie potrzebny jest chłop, nie matura. O ile w przypadku starszego pana ten pogląd nie wydaje się tak absurdalny (choć jego córka robi karierę i czasu na rodzinę nigdy nie miała zbyt dużo), tak sama znam co najmniej dwóch mniej-więcej swoich równolatków z podobnym przekonaniem.

W tamtym okresie pośmiałam się razem z nim radośnie i puściłam tę uwagę mimo uszu, bo choćbym chciała się z tym nawet zgodzić, to dziewiętnaście lat to nie był odpowiedni moment na świadome planowanie zakładania rodziny już teraz. Choć znam kilka dziewczyn, które (nie)świadomie zostały w tym okresie mamami i niczego im nie ujmuję, bo sprawdzają się w tej roli.

Rzecz w tym, że nie każda kobieta chce być mamą. I również w tym, że do tego nie zawsze się dorasta. Większość nastolatek reagujących na dzieci z, powiedzmy, obrzydzeniem słyszy: dorośniesz, jeszcze Ci się odmieni, kiedyś zmienisz zdanie. Załóżmy, że zgodzę się, że w większości przypadków faktycznie tak jest. Kiedy minie okres szumnego przeżywania codzienności przychodzi moment stabilizacji, gdzie o ile nawet nie zakłada się (od razu) rodziny, tak przestają ludzi bawić imprezy sześć razy w tygodniu i umieranie siódmego dnia, bo przecież kiedyś trzeba wytrzeźwieć czy, jeśli ktoś nie pije, po prostu odpocząć. I sądzę, że do tego etapu też każdy z nas ma prawo, bo kiedyś wyszumieć się trzeba. Jedni przechodzą ten okres buntu głośniej, inni ciszej, jeszcze innym przesuwa się on nawet na okres trzydziestki. Znam też przypadki, kiedy w wieku (około) pięćdziesięciu lat kobieta poczuła, że dzieci nie płaczą, mąż nie zrzędzi, przyjaciółki są na podobny etapie, i zaczęła się bawić dopiero wtedy. Nikogo nie zaniedbuje, stać ją na sześć urlopów w roku... Czy jest dobry czas na tę (przeważnie) nastoletnią szumność? Przypisuje się ją okresowi lat -nastu, ale myślę, że to nie jest kwestia wieku a bardziej potrzeb, jakie się w nas rodzą.


Może z macierzyństwem jest podobnie. Ja fanką dzieci bardzo długo nie byłam. Mniej więcej do momentu, kiedy mój facet postanowił, że chce zostać ojcem, już teraz, i zaczęliśmy się o to kłócić, aż w końcu doprowadziło nas to do rozdroża, na którym obraliśmy oddzielne kierunki. On adoptował dziecko swojej aktualnej żony, za niespełna dwa tygodnie przyjdzie na świat ich syn. Ja mam pracę i przekonanie, że do mojego etapu macierzyństwa, gdyby miał on kiedyś nastąpić, droga jest jeszcze daleka. Koleżanek z podobnym przekonaniem mam niewiele, znajomych - całkiem sporo. Jedną, która podjęła najbardziej świadomą z możliwych mi do wyobrażania decyzji, że dzieci mieć nie będzie. W wieku jest takim, że jestem skłonna uwierzyć, że jej się już nie odmieni. Choć nie lubię mówić "nigdy". Tyle, że różnica między nami jest spora i dość wyraźna - ona nie tyle stroni od obecności dzieci, co zwyczajnie omija je szerokim łukiem; a ja je lubię.

Miałam w swoim życiu taki okres bycia opiekunką (o którym, jeśli chcecie, chętnie Wam opowiem jako przestrogę zatrudniania niani dla swoich pociech), spędziłam ponad pół roku na placu zabaw z najcudowniejszą dziewczynką pod słońcem, ucząc się mówić, bawić z dziećmi, śpiewając piosenki, jeżdżąc na wycieczki, odkrywając w sobie kreatywność i ciepło, o którym nie miałam pojęcia, że istnieje. Bo tak działają dzieci - nie tylko my, dorośli, je uczymy, ale również uczymy się od nich. I wydaje mi się, że tak naprawdę te małe stworzenia pokazują nam więcej niż my jesteśmy w stanie pokazać im. A na pewno biorąc pod uwagę siłę tych "rzeczy" - wrażliwości, umiejętności dostrzegania piękna w małych rzeczach, jawnej radości z pozornych głupot, potrzeby bliskości, rodzinnego ciepła, zatrzymania się w biegu... Nie będąc matką mogłabym wymieniać tak godzinami. Gdzie "nie będąc matką" to zwrot kluczowy, bo to Wam, Mamusie, przypisuje się dostrzeganie największej na świecie miłości w wyrazie twarzy Waszej śpiącej pociechy. Mnie do dziś rozczula wspomnienie spokojnego oddechu mojej chrześnicy, kiedy zasypiała przytulona po ogromnym płaczu trwającym pół wieczoru... i otwierające się co chwilę oczy, sprawdzające, czy ktoś jest obok. Byłam.

Ręka do góry, Kobiety, która z Was spotkała się komentarzem odnośnie tego, że: nadszedł czas na dziecko. Bo wiek już taki, bo związek długi, bo stabilizacja finansowa, bo rodzice w wieku "na wnuki", bo... (wstaw dowolne z miliona przykładów) Ile z Was musiało tłumaczyć, że to jeszcze nie ten moment, nie chcąc wymyślać zbyt wielu argumentów i często, dla świętego spokoju bycia nie-zasypanym kolejnymi pytaniami, nie chcąc przedstawiać prawdziwych powodów. Coraz częściej słyszę ostatnio z ust ciężarnych kobiet jak wielkim faux pas jest pytanie młodych małżeństw/długoletnich związków kiedy przyjdzie potomstwo. Niestety, żyjemy w smutnych czasach, gdzie wiele par ma problem z zajściem w ciąże, wiele przez długie lata stara się i modli o dziecko, a wiele jest tak niestabilnych życiowo, że mimo ogromnych chęci powiększenia rodziny, decyzję o nim odkłada coraz dalej, i dalej... Niestabilnych - z sytuacją mieszkaniową, z pracą, a co za tym idzie, finansami. Być może są związki, w których kobieta o dziecku marzy, a mąż mówi "jeszcze nie teraz". A może odwrotnie. Zakładam też, że każdy z nas ma swoją listę priorytetów i jestem pewna, że każdy ma do niej prawo. Rodzina na tej liście może zajmować tak samo pierwsze jak i ostatnie miejsce, a nikt poza nami i naszym parterem nie ma prawda do negowania kolejności naszych celów i marzeń... 


Czy w ogóle istnieje dobry czas na dziecko?


__________________________

Zapraszam do rozmowy. A na dalszą część zapraszam Was za tydzień... 

* szeroko pojętych; być może nieco nadużywam pojęcia
0

niedziela, 9 kwietnia 2017

Bebetto Rainbow - czyli jak wybraliśmy naszą idealną spacerówkę.


Cześć, dziś opowiem trochę o wyborze spacerówki. Każdy z rodziców staje przed wyborem kupna wózka czy to zestaw 3w1, bądź 2w1. My kupiliśmy Karolinie najpierw używaną gondole, z której byłam bardzo zadowolona. Jedynym jej minusem był brak możliwości przednich skrętnych kół.

Od czego zaczęłam poszukiwania wózka? Zajrzałam na rankingi najlepszych wózków roku 2016. Na pierwszych miejscach w tych listach pojawiły się trzy wózki, takie jak:

  1. Wózek spacerowy Zapp Xtra 2 Blue Base 
  2. Bebetto Nico S-Line
  3. WÓZEK SPACERPWY FIRMY BERTONI MODEL LORELLI S 300
Pierwsze co zrobiłam spojrzałam na nie wizualnie. Tak, ma u mnie to wielki wpływ. Najbardziej spodobał mi się Bebetto. Popatrzyłam na ceny. I tu było już różnie. Bo od 1300 zł do 400 zł. Ok, przeznaczyłam tysiąc na spacerówkę, więc mieszczą się. Czas przyszedł przemyśleć co chcę by posiadał nasz wymarzony wózek, który ma nam posłużyć przez kilka lat. 

Ja szukałam samej spacerówki, więc z tego miała składać się moja baza.
Typ siedziska? Koniecznie rozkładany do pozycji leżącej. 
Co więcej?
  • amortyzacja, 
  • zdejmowana tapicerka, 
  • regulowany podnóżek,
  • duży kosz na zakupy.
Przydałby się również dodatkowe akcesoria takie jak:
  • torba do wózka,
  • folia przeciwdeszczowa,
  • moskitiera,
  • osłona na nóżki.

Zaczęłam czytać opisy wózków Bebetto, które przypadły mi najbardziej do gustu. 

Obydwa modele urzekły mnie takimi cechami jak:
  • miękkie zawieszenie na sprężynach;
  • hamulec blokujący jednocześnie dwa tylne koła;
  • łatwy i szybki system składania ramy wózka;
  • obrotowe przednie koła wyposażone w systemy pamięci kierunku DMS oraz absorpcji wstrząsów SAS;
  • pompowane koła przednie i tylne z możliwością blokady;
  • siedzisko spacerówki odpowiednie dla dziecka od 6 miesiąca życia;
  • elementy tapicerki chroniące pociechy przed wpływem negatywnego promieniowania UV;
  • przedłużana budka 

Postanowiłam odwiedzić sklep, w którym dostanę oba modele obok siebie i będę mogła je porównać. Od początku nie zależało nam na przekładanym siedzisku - a tym głównie różnią się oba modele. W sklepie miałam taką możliwość. Posadziłam również córkę, by sprawdzić jak się czuje. W jednym i drugim nie było żadnego problemu. Porównując modele zauważyłam jedynie, że Nico ma mniejszy kosz na zakupy. Dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się na Rainbow. Wózek niedługo będzie miał pół roku i nigdy nie mieliśmy z nim żadnych problemów. Wózek ten do lekkich nie należy, bo to prawie 13 kg, ale ja bez problemu znoszę go z pierwszego piętra, gdy mała jest w środku. Wózki tej firmy są ogólnie bardzo chwalone i ostatnio zauważam ich coraz większą popularność na grupach mamusiowych. 
Wiadomo każdy z Was kieruje się swoim wyborem. Zróbcie sobie listę rzeczy, które musi posiadać Wasz wózek i nią się kierujcie. Nawet zajrzyjcie na allegro i tam odhaczając parametry, zróbcie sobie wstępną selekcje wózków i z niej wybierzcie najlepszy dla Was. 
Ja z tatą Karoli zakochaliśmy się w tej firmie. Oboje uważamy, że jeżeli mielibyśmy kupować kolejny wózek to tylko i wyłącznie z tej firmy. Ich koła, amortyzacje oraz wykonanie całego wózka rozkochało nas w sobie. 
Mogę Wam polecić kilka modeli wózków typu 2w1 tejże firmy takich jak :


Modeli jest naprawdę sporo. Na pewno wybierzcie coś dla siebie. 
Post może wygląda jak sponsorowany, ale na pewno takim nie jest, a jedynie pokazuje moje odczucia i uwielbienie dla tej firmy. ;) Jest to produkt polski, a my lubimy swoje, prawda? 
Do naszej spacerówki dokupiliśmy wyprawkę. U Pani LulaBaby - artykuły dla dzieci i niemowląt.








0

środa, 5 kwietnia 2017

Emily Giffin - Dziecioodporna

Cześć! Dobry wieczór :) 

Żeby nie było, że w ostatnim czasie nie robię nic innego jak tylko chodzę do kina, mam dla Was dzisiaj recenzję książki, którą poznałam już jakiś (dłuższy) czas temu, a teraz coraz częściej wracając do niej myślami postanowiłam przeczytać po raz drugi. Raczej rzadko mi się to zdarza, ale książka, o której Wam opowiem jest nieco wyjątkowa. Poza tym uznajmy ją za wstęp do tematu, który ze swojej (nie-matczynej) strony chciałabym poruszyć w przyszłym tygodniu. 

Nie przedłużam, zapraszam do czytania :)

Czy trzeba wybierać między dziećmi a karierą?
Czy w miłości mają sens niezrywalne umowy?
Czy w życiu warto mówić "nigdy"?

Claudia i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Nie chcą mieć dzieci, realizują się w pracy i w życiu towarzyskim. Kiedy jednak w domu ich przyjaciół pojawia się niemowlę, w Benie coś pęka. Pragnie zostać ojcem. Jak w tej sytuacji zachowa się Claudia? Czy ich małżeństwo wytrzyma tę próbę? 




Zacznę od tego, że czaiłam się na nią tak długo, że kiedy spotkałam ją (dawno temu) w Empiku, po prostu nie mogłam jej nie kupić. Nie było to moje pierwsze spotkanie z panią Giffin, lubię jej styl pisania, a w przypadku Dziecioodpornej spodziewałam się też ciekawej treści. No i... ciekawa była, choć momentami denerwująca. 

W książce spotykamy Claudię i Bena. Od kilku lat są kochającym się małżeństwem, któremu niczego do szczęścia nie brakuje. Żadne z nich nie snuje marzeń dotyczących posiadania potomstwa - pod tym względem dobrali się idealnie, bowiem Claudia przed poznaniem przyszłego męża na każdym kroku słyszała krytykę, a zarówno rodzina, znajomi jak i mężczyźni, których spotykała na swojej drodze sceptycznie kiwali głową przekonani, że to po prostu nie ten moment, ale przyjdzie dzień, w którym kobieta zapragnie zostać mamą. Przekroczyła trzydziestkę, a ten jednak nie nastąpił. U Bena również, jednak tutaj... do czasu. 
Jesteśmy razem, ponieważ chcemy być razem.
Nie dlatego, ze potrzebowaliśmy partnera do wychowania dziecka, ani dlatego, że połączyły nas dzieci i osiemnaście lat obowiązków.
 
Kiedy w rodzinie przyjaciela pojawia się dziecko, Ben z początku niepewnie, z czasem jednak coraz śmielej zaczyna namawiać żonę na powiększenie rodziny. Przytacza różnego rodzaju argumenty przemawiające za posiadaniem potomstwa, a kiedy to nie skutkuje, kiedy w ich małżeństwie pojawiają się coraz częstsze zgrzyty - przychodzi mu na myśl, że być może Claudia nie chce być mamą nie dlatego, że nie lubi dzieci (przecież bardzo mocno kocha swoich siostrzeńców), ale dlatego, że nie chce rezygnować z kariery zawodowej. W tym miejscu ze strony mężczyzny pojawia zapewnienie, że jest gotów wziąć odpowiedzialność za wychowanie potomka na siebie, dzięki czemu żona nie musiałaby diametralnie zmieniać swojego życia. Jak się jednak okazuje - nie w tym problem. Z resztą... dla Claudii to w ogóle nie jest żaden problem, a jedynie jej maż nie dotrzymał danego przed ślubem słowa i w pewnym sensie zawiódł ją nagłym pragnieniem zostania ojcem. 

Można by uznać, że w tym miejscu pojawia się pierwszy absurd - po serii sprzeczek małżeńskich, które Ben próbuje zapić, Claudia rzuca oskarżenie w stylu "i Ty chcesz być ojcem", po czym... wyprowadza się z domu, do przyjaciółki, która choć próbuje ją zrozumieć, gdzieś w głębi siebie przyznaje rację Benowi. Nie, to mnie nie dziwi. Bo o ile niechęć do zostania matką rozumiem, tak Claudia jest nie tylko kobietą chcącą pozostać niezależną (w jej mniemaniu dziecko jest cudowne, dopóki nie jej, bo wtedy jej nie ogranicza), o ile nastawioną kategorycznie na NIE, którego nic a nic nie jest w stanie podważyć. 1/3 książki to rozważania na temat tego, czy zgodzić się na dziecko, by ratować małżeństwo (które de facto zostaje rozwiązane przez rozwód w bodajże trzy miesiące, o ile dobrze pamiętam, od momentu wyprowadzki do przyjaciółki). Dalej jest próba zapomnienia, wciąż jednak przeplatana myślami o byłym mężu, aż nagle pojawia się decyzja, choć nie powiedziałabym, że jest ona przemyślana, urodzić Benowi dziecko. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, ale wydaje mi się, że Claudia postanowiła nawet zadzwonić do niego i go o tym poinformować... (tu doszłam do wniosku, że jest ona nieco niestabilna emocjonalnie)
Jeśli największą zaletą wczesnego rodzenia dzieci jest to, że szybciej masz je z głowy, a największą zaletą późnego rodzenia dzieci jest odwleczenie tej mordęgi, to czyż zupełna rezygnacja z dzieci nie stanowi najlepszego rozwiązania?
Wspomniałam już wyżej, że Claudia z początku uważa, że ta niechęć do dziecka w jej życiu nie stanowi dla niej problemu. Z czasem jednak, kiedy małżeństwo się rozpada, przyjaciele Bena unikają kontaktu z nią, a ona zdaje sobie sprawę z tego, że straciła jedynego mężczyznę, którego była w stanie pokochać - zaczyna analizować swoje życie i zastanawia się nad przyczyną swoich przekonań. I to zagłębienie się w psychikę bohaterki, w jej życie i traumy z dzieciństwa, która do dziś ją prześladują jest zdecydowanie największym plusem tej książki. Natomiast nie jedynym.

Jest w niej jednak coś, co sprawiło, że na jakiś czas odłożyłam Dziecioodporną na półkę. W pewnym momencie musiałam od niej po prostu odpocząć. Nie należę do kobiet, które stawiają posiadanie dziecka na pierwszym miejscu i w wielu momentach jestem skłonna przyznać Claudii rację ale... jakby to określić, bohaterka tej książki jest zwyczajnie nawiedzona. I myślę, że to nie jest nadużycie. Większością książek dzielę się ze swoją rodzicielką i chociaż wydawałoby się, że ona czyta naprawdę wszystko, co wpadnie w jej ręce - Dziecioodporną odłożyła dosyć szybko stwierdziwszy, że Claudii potrzebny jest psycholog. Wniosek? Może nie tyle, że "na pewno nie jest to książka dla matek, czy nawet kobiet, które w tej roli siebie widzą i uznają ją za najważniejszą", ale z pewnością dla tych z Was, które mają (lub chcą mieć) w swoim życiu jakąś małą istotkę, może być ona ciężka w odbiorze.
 Jeśli największą zaletą wczesnego rodzenia dzieci jest to, że szybciej masz je z głowy, a największą zaletą późnego rodzenia dzieci jest odwleczenie tej mordęgi, to czyż zupełna rezygnacja z dzieci nie stanowi najlepszego rozwiązania?
Chciałabym jeszcze, żebyście mieli świadomość tego, że Dziecioodporna nie jest książką o niechęci do dzieci ani o tym, czy warto lub nie warto je mieć. To obraz samoświadomości, miłości, poświęceń i refleksji nad życiem i priorytetami, które zostały ustalone przed laty. Zakładam, że każdy z nas miewa chwile, kiedy zastanawia się nad ich słusznością i jestem pewna, że każdy ma do nich prawo. Claudia, jak wspomniałam wyżej, trochę się w tym pogubiła, ale jesteśmy świadkami naprawdę głębokich rozważań nad słusznością podjętych decyzji i... nie, więcej nie powiem, bo mogłabym zabrnąć za daleko i zdradzić Wam o trzy słowa za dużo. 

Podsumowując - z całą sympatią dla pani Giffin, języka jakim się posługuje i (odmiennych) poglądów, które warto poznać - naprawdę polecam. 
0
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.