poniedziałek, 28 listopada 2016

Nasze Polskie Rymowanki

Choć matką jest ta druga z naszej dwójki - ja jestem tą od książek. Chcąc połączyć te nasze dwa światy pokażę Wam dzisiaj książkę, która niedawno zrobiła u nas furorę.

Wpadłam na nią przypadkiem, robiąc zamówienie na stronie jednej z księgarni i mając z tyłu głowy poszukiwania rymowanek dla Chrześnicy - wrzuciłam do koszyka. Szła długo, bo którejś z pozycji nie było u dostawcy i trzy razy dostawałam maile z informacją o kolejnych opóźnieniach, aż ją odebrałam. Przyniosłam do domu i...


... przepadłam.

Większość z tych rymowanek (tudzież piosenek, przyśpiewek) w takiej czy innej wersji pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa.  Jak znane wszystkim Wlazł kotek, W pokoiku na stoliku... 

Czytałam ostatnio kilka niepochlebnych recenzji książek dla dzieci, które choć na pierwszy rzut oka wyglądały pięknie - to zaraz okazało się, że drugie spojrzenie psuje ten obraz nieodwracalnie. I chyba trochę się bałam, że tu będzie tak samo. Więc przed oddaniem jej w te małe rączki, dla których była przeznaczona, przejrzałam w skupieniu teksty i obrazki, ale nie znalazłam niczego, czego nie pokazałabym dziecku. Mało tego! Ilustracje w tej książce są tak piękne, że z chęcią zrobiłabym z nich obrazki na dziecięcą ścianę. Przeczytałam, obejrzałam i doszłam do wniosku, że choć wygląda niepozornie i nieco mniej prezentowo w porównaniu do podobnych pozycji na polskim rynku wydawniczym, to świetny pomysł na prezent z okazji soboty, albo dodatek do czegoś bardziej konkretnego. (może nie na święta, ale po drodze mamy jeszcze Mikołajki i to świetny drobiazg!)

Przyznaję bez bicia, że uwielbiam pozycje z dziecięcych biblioteczek. Pomagam właśnie w urządzaniu dziecięcego pokoju i poza przygotowaniem zdjęć i obrazków - wzięłam się za wybór miejsca, w którym stanie ta biblioteczka, skoro to w większości ja ją zapełniam. Przynajmniej tę część, w której chodzi o tekst, a nie poznawanie świata. Zaczęło się od Baśni, które czyta misiek, na zeszłoroczne Boże Narodzenie, później wsiąknęłam w ten temat... i Wam będę o tym czasem wspominać.

W każdym razie - w związku z powyższym naoglądałam się trochę tych książek dla dzieci i powiem Wam szczerze, że to jedna z ładniejszych jakie widziałam. (choć pewnie gdyby sama nie wskoczyła mi w ręce to nie zwróciłabym na nią większej uwagi)
0

piątek, 25 listopada 2016

DIY - Czarna maska oczyszczająca

Od poniedziałku złapało mnie przeziębienie. Dziś już czuję się lepiej i chciałam oczyścić porządnie skórę. 
Po kąpieli nałożyłam na włosy mieszankę "olejową", która tu niedługo się również pojawi. Dla odmiany postanowiłam zrobić maskę diy. Nie jest ona niczym odkrywczym i jest ostatnio bardzo sławna. 
Pokaże Wam dwie wersję zrobienia jej. 

Co jest nam potrzebne? 


Węgiel aktywowany/aktywny.  
(ja posiadałam w pastylkach. polecam kapsułki.)
Dostępny w aptece - cena do 15 zł


Składnik, który zmieni naszą maseczkę w wersję peel off to klej.
Najlepszy jest ten dziecięcy, którego dzieci używają w szkole. "Magic" przede wszystkim nie uczula i nie szkodzi w żaden sposób naszej cerze. 
Jeżeli boicie się kleju równie dobrze można użyć żelatyny spożywczej. 
Ja osobiście wolę z klejem, co widać po jego zużyciu. 
Dostępny w każdym papierniczym - cena 2 zł


Dziś miałam ochotę na delikatniejszą wersję tej  maseczki. Wersja peel of bywa bolesna przy ściąganiu. Moja cera po chorobie jest podrażniona, a w szczególności okolice nosa, dlatego dodałam płyn micelarny do mieszanki. Powstała rzadsza wersja, którą bez problemu zmyłam ciepłą wodą. I tu decyzja należy do Was. 

Wersja peel of - 2 kapsułki węgla aktywnego + około 10 ml kleju (dajemy go na oko). 

Wersja delikatniejsza, typowa oczyszczająca maska - 2 kapsułki węgla aktywnego + około 8 ml kleju (również dajemy go na oko) + kilka kropli płynu micelarnego bądź soku z cytryny - decyzja należy do Was. 


Jak wykonać?



1. Oczyszczamy skórę płynem micelarnym. 
2. Rozdrabniamy węgiel aktywny. 
3. Dodajemy klej (opcjonalnie płyn micelarny / sok z cytryny)
4. Nakładamy na twarz. Omijamy oczy, brwi, usta.

Wersja Peel of:

5. Czekamy aż zrobi nam się skorupka na skórze (do 20 minut).
6. Powoli zdejmujemy maskę.
7. Przemywamy ciepłą wodą. 

Wersja delikatniejsza:

5. Czekamy do 5 minut aż zastygnie
6. Zmywamy pod ciepłą wodą 


 Maska nie będzie odpowiednia dla skóry wrażliwej oraz suchej. 



Co nam daje ta maseczka?

- OCZYSZCZA (najważniejsze działanie węgla aktywowanego)
- matowi
- zwęża pory
- zwalcza wolne rodniki
- wyrównuje koloryt
- działa bakteriobójczo 


0

poniedziałek, 21 listopada 2016

Pitbull. Niebezpieczne kobiety.

Zacznę może od tego, że wcale nie jestem zagorzałą fanką serii Patryka Vegi. Ani - tak naprawdę - jakiegokolwiek innego polskiego filmu, choć mam pełną świadomość tego, że rezygnując z oglądania rodzimych produkcji mogę coś tracić. (podobnie mam z czytaniem książek, niestety) 11 listopada miała swoją premierę nowa część Pitbulla - brak biletów, miejsc parkingowych wokół kin w całej Polsce i niewiarygodne tłumy konkurujące z tymi udającymi się na Greya. Kolejna rzecz, którą znam z autopsji w przypadku bestsellerów czy kinowych hitów jest taka, że... zazwyczaj one do mnie nie przemawiają. Ale Pitbulla zobaczyć musiałam. Choć szczerze mówiąc, przygotowując się do napisania tego postu obejrzałam zwiastuny i fragmenty w sieci, przeczytałam oficjalne recenzje i mniej oficjalne opinie i co się okazało - nie widziałam zwiastunów wcześniej, a opinie, które do mnie docierały sporo odbiegały od tych, które opanowały internet. Ale od początku.


Pitbull. Niebezpieczne kobiety to historia kobiet pracujących w policji. A przynajmniej teoretycznie tak miało być. Media z każdej strony mówiąc o tym filmie zasypywały nas statystykami według których 40% funkcjonariuszy przyjętych do policji w roku 2015 stanowiły kobiety. Chyba stąd - i z opisu książki o tym samym tytule - wzięło się moje przekonanie, że poznam codzienność ich pracy. Nie do końca jednak, bo jak się okazało - dla mnie przynajmniej - produkcja opowiada bardziej o przekręcie paliwowym niżeli tytułowych Niebezpiecznych.

Do załogi znanej już z części poprzedniej trafia Zuza (Joanna Kulig), która trochę na złość byłemu już mężowi, który zdradził ją z innym mężczyzną trafia do szkoły w Szczytnie i poznaje Jadźkę (Anna Dereszowska) - odważniejszą, bardziej pewną siebie, mającą większą siłę przebicia - i Gebelsa, który widzi w niej potencjał. Mamy tutaj też "starą parę" - Majamiego (Piotr Stramowski) i Olkę (Maja Ostaszewska), a także nową - Drabinę (Alicja Bachleda-Curuś), wychowującą dziecko w więzieniu i Remka "Cukra" (Sebastian Fabijański). I w mojej ocenie to nie wokół pierwszych a ostatnich obraca się cały film.


Nie wiem kto jest tutaj główną postacią i nie jestem pewna kto miał nią być. Jeśli nikt - wyszło dobrze. Jeśli ktoś - nie wyszło wcale. Wątki bohaterów są rozwinięte na tyle, że nie czuję niedosytu w żadnym z przypadków, a film zagrany jest na tyle dobrze, że zasługuje na tłumy w kinie. Tyle, że to nie jest film o pracy kobiet w policji. A na pewno nie na takim szczeblu jakiego się spodziewałam.

Wybraliśmy się na wieczorny piątkowy seans. Przekrój publiczności był spory - od nastolatków do emerytów i śmiało mogę powiedzieć, że to dobry film na integrację. Całkiem sporo w nim przerysowanych momentów (postać Tomasza Oświecińskiego uważam za kompletny żart, nie do końca udany), w których ludzie wybuchali śmiechem. Nikomu nie przeszkadzało chrupanie popcornu, głośne komentowanie scen z jednego końca sali na drugi, ludzie wychodzący do toalety czy bufetu. Po prostu - jedli, pili, wychodzili do łazienki, czysta fizjologia. Ustalmy, że na naprawdę dobrych filmach takie rzeczy przeszkadzają. Tutaj nie.


W oficjalnej recenzji na Filmweb-ie czytam, że u Vegi wszystko musi być mocne - jak trup, to Zuza w niego wdepnęła, jak wypadek, to wnętrzności na wierzchu, jak przemoc domowa to Ojciec Mateusz wysmarował żonie twarz czekoladą z donatów, jak scena erotyczna to nie trwa pięciu sekund i nie ma gry świateł, która sprawia, że i tak nic nie widać. (to ostatnie to bardziej moja uwaga) I jeszcze że "O takich filmach jak "Pitbull" Amerykanie mówią "guilty pleasure". Niby obciach, a jednak trudno oderwać wzrok od ekranu" - i mogę się pod tym podpisać.

Swoją przygodę z Pitbullem zaczęłam od końca. W piątek byłam w kinie na Niebezpiecznych kobietach, w sobotę oglądałam Nowe porządki - nie ujmując niczego ludziom, którzy uznali te dwie produkcje za hity to jednak nie do końca to rozumiem. Dla mnie to dobry film, polecam na wieczór ze znajomymi, ale cytując słowa mojego towarzysza: myślałem, że to będzie bardziej na zasadzie dokumentu niż kabaretu. Chociaż to nie komedia, ale właściwie... to nie wiem co, nie przypiszę Pitbulla do żadnego znanego mi gatunku. Dużo wulgaryzmów, kilka mocnych scen i świetna gra aktorska, to ostatnie mówię naprawdę rzadko. Weźmy za dowód całkiem niezłej produkcji, że wróciłam do poprzedniej części i zamówiłam dzisiaj książkę. Mniej więcej to tyle.

źródło zdjęć: Filmweb
0

piątek, 18 listopada 2016

Jak wybrać imię dla dziecka?


Cześć, skoro dziś o imionach, to jestem Kasia. Wypadałoby się na początku przecież przedstawić. Ta gorsza w pisaniu, więc wybaczcie.

Jak to z tym imieniem jest? Pewnie większość z Was ma swoje ulubione. Nie raz pewnie powtarzacie, że Wasza córka to będzie Klara a syn Ignacy. A co w momencie, gdy dowiadujecie się, że spodziewacie się maluszka? Nadal się tego trzymacie ? Powiem Wam szczerze, że razem z moim partnerem marzyliśmy o Kubusiu. To imię było pewne. Bo Kuba to fajny, pomocny, uczciwy chłopak. A imię też fajne, najwyżej będą się czepiać czemu nie Jakub. Czemu właśnie Kuba a nie Jakub? Później pomyślałam sobie: a może kiedyś mi powie, że skoro imiona rodziców i nazwisko zaczynają się na K, to dlaczego w przypadku mojego imienia stało się inaczej?

Trzymając się teorii literki K trzeba było znaleźć imię dla dziewczynki, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały. Kornelia? Nie, wolę je przez C, poza tym chcę polskie. Klaudia? Jakoś nie lubię dziewczyn o tym imieniu. Lista imion żeńskich na tą literkę jest dość uboga. Na co mój narzeczony wymyślił sobie Karolinę. Żebyście widzieli moją minę wtedy. Nie lubię tego imienia i nie! Temat ucichł.

Dowiedziałam się, że spodziewamy się córki pod koniec szóstego miesiąca. Co prawda od początku ciąży czułam, że to właśnie dziewczynka, ale nadzieja zawsze była. Zaczęłam wtedy myśleć nad Klaudią. Długo wierzyłam w to imię. Dopóki mój narzeczony nie zaczął mówić do brzuszka „Co robi Karolcia?” I tak codziennie oswajałam się z tym imieniem... Gdy malutka się urodziła i ją dostałam, byłam pewna w stu procentach, że to Karolina. Wystarczyło na nią spojrzeć i po prostu to imię do niej pasowało.

Tak właśnie przekonałam się do imienia, którego nigdy nie lubiłam. Teraz jest moją codziennością, której nigdy nie będę żałowała. Mam nadzieję, że córka też polubi to imię i nie przysporzy jej problemów. Mało Karolin się teraz spotyka, więc, skarbie, jesteś podwójnie wyjątkowa.

Ja swoje imię zawsze lubiłam w wersji Kasi po prostu. Nienawidziłam, gdy ktoś do mnie mówił Kaśka. Teraz już do tego podchodzę na luzie. Katarzyna jestem oficjalnie, może i na starość.

A jak to u Was z imieniem jest? Lubicie swoje? A może mieliście problem przy wyborze dla swojego dziecka?

Najlepszego Karolcie!


ALL MÓWI

Śmiech mnie ogarnia ilekroć widzę w sieci te memy o treści "człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego jak wielu ludzi nienawidzi, dopóki nie musi wybrać imienia dla dziecka". Ale coś w tym jest.

Kobiety tak mają, z reguły, że nawet nie mając dziecka w drodze - ba! czasem nawet nie wiedząc czy chcą je rodzić - snują w głowie pewne plany dotyczące imion potomków, tak więc i ja - jako ta kobieta właśnie - jakieś swoje typy miałam. Większość z nich dziś już mi się nie podoba, ale to nawet nie w tym rzecz. W tym natomiast, że do kilku się zraziłam. I miałam taką koleżankę, nazwijmy ją X (zakładam, że trochę tych koleżanek X tu będzie), która przez bite osiem miesięcy mówiła do brzucha imieniem Y, a na dwa tygodnie przed planowaną datą porodu znienawidzona znajoma z czasów szkolnych dała to imię córce i piorun bombki strzelił, Y została Z, nie było dyskusji. Może to nawet trochę zabawne, ale każda z nas ma takie imię, do którego czuje wyjątkową niechęć i ono najczęściej wiążę się z jakąś osobą.

Więc kiedy moja druga koleżanka wczoraj się śmiała, że będę bawić Artura jako ciotka (choć Artura jeszcze w planach nie ma) to stwierdziłam, że Artura to na pewno nie. "Albo Laurę", dodała za chwilę i uznałam, że okej, Laurę mogę czasem bawić.
0

czwartek, 17 listopada 2016

Po co Ty kupujesz te książki!

Zauważyłam ostatnio pewną tendencję wśród bloggerów książkowych. Mianowicie "pozbywania się" książek, które zalegają na półce nieprzeczytane, albo tych, które przeczytane zostały, ale wiemy, że już do nich nie wrócimy. Może to jest tak, że pierwsze bum wiąże się z kupowaniem wszystkiego co ładnie wygląda, a dopiero z czasem nabywa się większej świadomości czytelniczej i dochodzi do momentu, w którym nie wszystko złoto co się świeci i zamiast kupić osiem książek, przez które właściwie pewnie nie przebrniemy lepiej kupić dwie, czy nawet jedną... która poruszy serce. I to jest w porządku, popieram. Z szacunku dla siebie, dla ciężko zarobionych pieniędzy, bo przecież książek za darmo nikt nam nie daje... i dla przestrzeni, którą się otaczamy. (żeby nie dojść do momentu, w którym wyrzucamy łóżko, żeby wstawić regał) 

Może jestem infantylna pod tym względem, może niepoważna, ale nie wyobrażam sobie takiej rewolucji w swoim domu. Dawno temu w domu mojej babci była biblioteka - w centralnym punkcie salonu. I pamiętam, że dopóki babci pozwalał na to wzrok - jakaś książka zawsze leżała otwarta na stole kiedy odwiedzaliśmy ją w niedzielne popołudnia, a kiedy zostawałam u niej na dłużej jako dziecko, czytała wieczorami, kiedy szłam już spać. Podobnie jak moja mama, wstająca dziś godzinę wcześniej niż mogłaby, żeby poczytać. I pewnie trochę przez nie dzięki nim dawno, dawno temu wymarzyłam sobie w domu bibliotekę. Mimo tego, że książki są drogie i tego, że dzisiejsze kolorowe okładki nigdy już nie będą wyglądały tak pięknie jak klasyki ze starych filmów. I kupuję kolejne książki może nieco głupio, żeby po prostu je mieć, chociaż póki co leżą w szafie, bo dopóki nie wymyślę koncepcji remontu to nie mam gdzie postawić regału. (ubolewam nad tym mocno!)

Październik jest miesiącem okazji do dostania książki przez wzgląd na imieniny, których ja co prawda nie obchodzę, ale chcą obchodzić ludzie w moim otoczeniu. A jak chcą kupić książkę, to ja się specjalnie nie bronię, w zamian piekąc ciasto. (sama! a wiedzieć Wam trzeba, że jestem wybitnym beztalenciem w kuchni) I tak oto, po miesiącach czekania i czajenia się na trzy pozycje z serii Prawdziwych historii w końcu mogłam po nie sięgnąć. (będą recenzje jak na poważnie się na nie zabiorę, na razie czytam przerywnik) 
I kiedy w ramach prezentu zamówiłam sobie w październiku trzecią - koleżanka w pracy zapytała po co ja właściwie kupuję te książki, skoro są biblioteki i właściwie mamy możliwość zakupienia do nich tego, co mnie interesuje, tylko trzeba dłużej poczekać.  I tak sobie pomyślałam, że - okej, może mamy. Bibliotek jest nie mało i asortyment tej, którą ja odwiedzam jest naprawdę imponujący (podobnie jak lista oczekujących na wypożyczenie w niej nowości). Lubię do niej zaglądać, lubię jej klimat, możliwości sięgnięcia po niektóre pozycje... Ale jeśli czegoś w niej nie ma, albo naprawdę mi zależy to wolę kupić swoją, bo skoro jest ważna, to chcę ją mieć. Jakkolwiek głupio to brzmi nawet dla mnie samej w momencie, kiedy próbuję się tym z Wami podzielić. Ale taka prawda, nie będę ukrywać... 
A Wy? Macie tendencje kupowania... dla zaspokojenia żądzy posiadania pewnych pozycji? Powiedzcie mi, że nie jestem w tym sama!
0
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.